Victoria była po prostu kochana. Bardzo dobra osoba, która chowała się za maską oklumencji. Z perspektywy czasu chyba wychodziło jej to na zdrowie, nie narażało na kontakt z ludźmi, którzy byli płytcy i nie mieli zdolności ani cierpliwości, żeby zajrzeć pod powierzchnię. Nigdy mu to nie przeszkadzało, ta jej minimalistyczna mimika, którą sobą prezentowała wśród ludzi ani to, że nie była wylewna w okazywaniu emocji. Wiedział przynajmniej, że kiedy się śmieje i uśmiecha to naprawdę szczerze. Ta mieszanka zaś, która pojawiła się teraz, była doprawieniem jej przeklęcia i tego, ile uczuć wymalowało się w jej brązowych oczach, kiedy już kleks został zrobiony. Czarna, brzydka plama atramentu, którą usunąć można jednym ruchem jak brzydka, czarna plama krwi, której nie zmyto odpowiednio szybko. Bo tak wyglądała tamtej nocy na jego ciele i łóżku - jakby była czarna, nie czerwona. Nie podobała mu się. Tak samo jak niedobre było to, ile złego zabarwiło czernią dzisiejszy dzień Vctorii przez te rewelacje. Wydawałoby się, że to oczywiste, że człowiek pierwsze co biegł na policję, kiedy cokolwiek się działo. Owszem, było to oczywiste. Natomiast Laurent ani nie miał siły wczorajszego dnia, żeby gdziekolwiek pójść, co dopiero zdawać zeznania, ani nawet nie był w stanie. O ile jeszcze za dnia trwał zawieszony w tej bańce, tak potem ataki paniki wyłączyły go zupełnie. Przespał noc spokojnie - dzięki eliksirowi. Po drugie - ludzie zaczynali myśleć: co, jeśli przez to naprawdę będzie chciał mnie złapać? Czasem było to bardziej czasem mniej uzasadnione. Laurent sam miał taką wątpliwość, ale żył z Bulstrodami, tak i miał przyjaciółkę w Victorii - brak złożenia zeznań nigdy nie pomagał. Bezpiecznym można się było czuć dopiero, kiedy przestępca zostanie złapany. A jednak te zeznania wymagały od niego naprawdę wiele pokładów odwagi.
- Nie chciałbym ci sprawiać nadmiernych problemów, proszę... nie denerwuj się, Victorio. Przyznam, że bardzo się ucieszyłem, że to akurat tobie mogę zeznać, co się wydarzyło. Wierzę w twój profesjonalizm, nie dałaś mi powodu, by w niego nie wątpić. - Chodziło mu tutaj nie o to, że była skuteczną auror samo w sobie (choć to też), a właśnie o to, że nie bez powodu nalegało się, żeby bliscy nie zajmowali się takimi sprawami jak policja, aurorzy, BUM, cokolwiek. Niee chodziło o to, jak spojrzą na to z zewnątrz. Chodziło właśnie o to, ile w człowieku się budowało. Sam wiedział, jak to jest, przecież kiedy komuś bliskiemu groziło cokolwiek to zaczynał myśleć mniej racjonalnie, zaczynał się właśnie... martwić. I nie, to nie było wcale uganianie się za egoistyczną potrzebą spełniania swoich potrzeb. Laurent robił sporo rzeczy interesownie, świadomie chcąc w zamian czegoś. Uwagi, pocałunki, uśmiechu. Nazywanie jednak tego, że chcesz, żeby ktoś czuł się bezpiecznie albo żeby się uśmiechnąć interesownością było... kompletnym spłaszczeniem emocji. W każdym razie wczorajszego dnia jego umysł był zupełnie niepracujący. - Tak... być może masz rację. Ale potrzebuję wyjechać chociaż na kilka dni. - Odciąć się od tego i nie patrzeć na własne łóżko, które przecież bardzo lubił. Tak jak bardzo lubił swój dom. Teraz nagle miał ochotę się wyprowadzić. - Nie czuję się bezpiecznie w New Forest. Mam nadzieję, że rejs mnie uspokoi. - Po morskich falach, gdzie będzie mógł zagłuszyć to, co zostawiał na lądzie. ... boi się, że zniknę w morskich falach. Tak, te słowa nabierały teraz na mocy. Co prawda Laurent nie chciał uciekać do oceanu, ale kiedy pomyślał o ucieczce to nie wybrał podróży do innego kraju. Nie. Wybrał wypłynięcie na morze.
Spojrzał na Victorię dopiero, kiedy usiadła obok niego. Nie chciał, bardzo nie chciał przekraczać granic teraz przez nią ustalonych - Laurent zawsze się bardzo dobrze dopasowywał do drugiej osoby. Ale jednocześnie kontakt, który był jak kotwica codzienności, był mu potrzebny. Ten fizyczny. Dotknął jej dłoni w poszukiwaniu oparcia, zaciskając palce na jej palcach. To w żadnym wypadku nie był dotyk filuterny, nie miał żadnego ukrytego znaczenia w tym kierunku.
- Wspomniała o tym. Nie chciałbym robić kłopotów dla Brenny wymieniając jej nazwisko, zrób jednak proszę, co uważasz. - Chodziło mu o wypełnianie raportu. Nie wiedział, co dokładnie im pomoże, co nie. Czy Brenna nie byłaby na przykład odsunięta od śledztwa, gdyby okazało się, że jest w to zamieszana, czy też nie. Wiedział, że kobiety się przyjaźniły i że same najlepiej będą wiedziały, jak raport powinien wyglądać, żeby dla nich było wygodnie i żeby jednocześnie w śledztwie nie przeszkadzać. Za dobrze również wiedział, że robienie prywatnych śledztw, poza obrębem pracy, niekoniecznie legalnie, było jak najbardziej praktykowane. - Jesteś bardzo zła. Co się dzieje? - To była złość, która wręcz z niej kipiła. W takim stanie też jej nie widział, nawet kiedy piekliła się nad swoim narzeczonym. Tym poprzednim.