28.08.2023, 23:22 ✶
Jakiś czas później...
Prościej, zapewne, byłoby po prostu opuścić ten szpital i udać się w sobie znaną stronę. Prościej. Naprawdę o wiele prościej – bo nie wymagałoby to przebywania blisko człowieka, do którego z niewiadomych powodów nagle ją niemiłosiernie ciągnęło.
Bardziej niż przez te wszystkie lata, wbrew całemu rozsądkowi, jaki próbował wykrzyczeć swoje racje gdzieś w łepetynie Mavelle. W sumie nie musiał – wszystko to doskonale wiedziała, wszystko to składało się na powody, dla których w końcu powiedziała „pas”. Z pominięciem jeszcze jednego, dodatkowego, który przechylił wtedy szalę, ale prawda jednak była taka, że…
… nawet gdyby tamten typ się nie napatoczył, gdyby nie uznała, że jednak serce bije mocniej dla kogoś innego, to i tak nie było już dla nich ratunku. Nie wiedziała, czy Moody zdawał sobie sprawę z tego, ale to już i tak nieważne – ważne, że Bones pamiętała wszystko, co składało się na jej decyzję. Bo czy tego chcieli czy nie, to stopniowo, powoli wzajemnie się niszczyli, a przynajmniej tak to wyglądało we wspomnieniach kobiety.
Tak, zdecydowanie lepiej się sprawdzali jako kumple niż partnerzy. Mieli swoje dobre chwile, owszem, ale te złe dość dobitnie pokazywały, że na pewne aspekty patrzyli tak bardzo odmiennie, że na dłuższą metę najzwyczajniej w świecie nie dało się tego pogodzić. Na chwilę – to jeszcze. Tyle że Mav spoglądała w przyszłość znacznie dalej i wiedziała, że nie pragnie takiej, jeśli miałaby wyglądać dokładnie jak ówczesna teraźniejszość.
Ale wbrew temu wszystkiemu nie potrafiła – nie chciała? - tak po prostu opuścić szpitalnych murów. W każdym razie, naprawdę poszła po tę cholerną kawę, nawet jeśli nie zrobiła tego od razu, tylko dopiero po niełatwej rozmowie z Danielle. Gdyby tylko to mogło poczekać… ale nie, już lepiej, by usłyszała prawdę od bliskich jej osób niż od kogoś dość przypadkowego, prawda? A że spośród zgromadzonych w pokoju Moody nie tylko Bones zaznała potrzeby podniesienia stężenia kofeiny w żyłach – spotkanie się w kawodajni było czymś całkiem naturalnym.
Z początku nie powiedziała żadnego słowa, gdy się na siebie natknęli. A następnie, tak po prostu, wetknęła mu kawę. Bo wzięła więcej niż jedną i to zapewne nie dlatego, że jeden kubek to byłoby za mało. Choć tak po prawdzie – byłoby, w końcu ostatnie dni dawały mocno w kość, nieprawdaż?
***
- Komuś jeszcze kawę? – mruknęła, wparowując do pomieszczenia. Co cztery ręce, to nie dwie, więc łatwiej było – bez bawienia się w jakieś tacki bądź też użerania się z kapryśną magią – zaopatrzyć całą czwórkę w tak niezbędny do życia napój. A nawet jeśli Eden czy Bertie by spasowali, to… żadna w tej chwili różnica.Bo bez mrugnięcia okiem, zapewne, mogłaby zaopiekować się „nadprogramowymi” kubkami.