28.08.2023, 08:47 ✶
Miały nadejść czasy, gdy Brenna pomagała uciekać – na wiele różnych sposobów, tym, którzy musieli się ukryć z powodu statusu krwi albo tym, którzy decydowali, że nie chcą już podążać za wzorem swojej rodziny.
Problem polegał na tym, że ukrywała tych ludzi przed właśnie takimi osobami jak Anthony. Że pośród nich pewnego dnia mieli znaleźć się jego krewni, których zaakceptowała jako nie tylko przyjaciół, ale i własną rodzinę. A dla niej rodzina oznaczała jedno: za każde z nich była gotowa umrzeć.
W tej chwili była jednak jeszcze beztroską siedemnastolatką, którą mury Hogwartu chroniły od widma nadchodzącej wojny, zresztą dopiero majaczącego nieśmiało na horyzoncie.
- Nie wiem – odparła szczerze, trochę zbita z tropu pytaniem. Zazwyczaj, kiedy zapragnęła kwiatów, rwała je według kryterium „ładne”, a ładne było niemal wszystko. A jeszcze częściej „pachnie”, więc wrzucała do wazonu bez, konwalie albo jaśmin. I jako żywo, nigdy się nie zastanawiała, czy któreś lubi szczególnie. – Nie róże? Są wszędzie.
Matka je lubiła, ale Elise Potter była dokładnie taką damą, jaką nie była jej córka, godną małżonką przyszłej głowy rodu: piękną, elegancką, doskonale znającą zasady dobrych manier, a przy tym pewną siebie.
– Może większość wolałaby użyć depulso? – zasugerowała z rozbawieniem, bo ostatecznie żyli w krainie czarów. Chociaż nie, nie podejrzewała, że Anthony wkurzał dziewczyny tak, by jakieś miały koniecznie ochotę go zaatakować, w końcu może nie zdawała sobie w pełni sprawy z jego popularności, ale nie była aż tak ślepa, by nie widzieć jej wcale. Acz nie była pewna, czy taka wzgardzona podczas Walentynek tego nie zrobi. Złamane dziewczęce serce popychało niekiedy do drastycznych czynów, na przykład nasłania na chłopca stada dziobiących ptaszków.
Brenna lubiła wielu Ślizgonów. Tak samo jak Puchonów, Krukonów i Gryfonów. Szczerze i z całego serca ubóstwiała Tori i Cynthię, nawet jeżeli odstawała od ich towarzystwa, bo one były idealnymi potomkiniami czystej krwi, a ona była elementem chaosu u ich boku. Lubiła Seraphinę i młodego Prewetta, który miał zwyczaj chować się za jej plecami. Lubiła Yaxleya, zresztą kuzyna Borgina, który znikł już z Hogwartu, bo był dobry w pojedynkach i nie trzeba było go do ich ćwiczenia namawiać. Pewnie niektórym się to nie podobało, jak choćby jej kuzynce Lucy, ale Brenna niezbyt pojmowała, dlaczego jakiś stary kapelusz miał wskazywać, kogo będzie lubiła, a kogo nie.
Kiwnęła tylko głową na podsumowanie Slughorna, na moment znów zamyślona, bo właśnie dorzuciła do podejrzeń „plus dziesięć” każdemu członkowi jego Klubu.
– Czyli czternastego lutego nagle wszyscy robią się odważniejsi? – zdziwiła się, a potem prawie zakrztusiła przy próbie opanowania parsknięcia śmiechem. Ona i jemioła. Chłopcy nie polowali na nią pod jemiołą – chłopcy prosili lękliwym głosem, żeby wyjrzała przed nimi na korytarz i sprawdziła, czy nie czatuje tam Aurelia Skeeter, akurat pod największą kiścią jemioły. Lub wręcz przeciwnie, dopytywali, gdzie są takie Mavelle albo Danielle. Ewentualnie dopadali ją, by sprawdziła im pracę domową z transmutacji. A Brenna to robiła, bo lubiła transmutację i swoich kolegów. – Nie mam pojęcia, co to za dziewczyny, jestem prawie pewna, że na liście moich znajomych Ślizgonek jest raczej „dostać W z eliksirów i transmutacji” i „nie dać się zdemoralizować Brennie” niż „całowanie pod jemiołą”. A moja lista wygląda jeszcze inaczej – oświadczyła, uśmiechając się nieco łobuzersko, bo na tej były takie rzeczy, jak zbadanie korytarza za lustrem (zrobione), znalezienie w Zakazanym Lesie legowiska jednorożców (odhaczone), zostanie nielegalnym animagiem (zaliczone), wejście na dach szklarni (zrealizowane kilka razy) oraz zbadanie jaskini w pobliżu Hogsmeade (to planowała na marzec i smuciła się tylko, że nie zabierze ze sobą Mavelle). I może W z OPCM, a gdyby tego nie dostała, to rzucenie się z wieży astronomicznej z rozpaczy. Na sam bal nawet się nie wybierała, nie dlatego, że miała coś przeciwko balom, a bo nie miała zamiaru być piątym kołem u wozu.
– Mnie? Oj, Borgin, nie wierzę, że to mówię, ale stać cię na więcej – oświadczyła żartobliwie. Bo tak, była przypadkiem beznadziejnym i jedyne, co przyszło jej teraz do głowy, to podejrzenie, że chłopak z kimś się założył. Ale nawet się nie złościła na taką myśl. – Ta karta to święty Graal! Wcześniej szukałam jeszcze Morgan la Fey, ale wymieniłam się. Za siedem innych. Mało brakowało, a musiałabym podpisać cyrograf na oddanie duszy, na szczęście bardzo chciał kartę z Roweną Ravenclaw, a tych miałam trzy – stwierdziła z poważną miną, jakby faktycznie omal nie przehandlowała duszy za kartę z postacią z legend arturiańskich. – W porządku, ale jeżeli będziesz miał Nimue, nie pisz mi tego. Poważnie. Jestem pewna, że za próbę włamania do dormitoriów Slytherinu, żeby ukraść kartę, mogliby mnie wywalić ze szkoły.
Wzruszyła ramionami – niezbyt mocno, by nie upuścić bukietu, bo właśnie wolną ręką chowała resztę żab z powrotem do kieszeni szaty.
– Podliczacie, kto złapał ich najwięcej? Pewnie, możesz dorzucić do rachunków – zgodziła się bez oporów. – Mogę sprawdzić, czy niebezpieczeństwo przeminęło – zadeklarowała, wskazując na drzwi od schowka. I podjęła próbę ich otwarcia łokciem, bo w końcu nie mogli przesiedzieć tutaj całego wieczora, a ona miała jeszcze do schwytania handlarza amortencją.
Problem polegał na tym, że ukrywała tych ludzi przed właśnie takimi osobami jak Anthony. Że pośród nich pewnego dnia mieli znaleźć się jego krewni, których zaakceptowała jako nie tylko przyjaciół, ale i własną rodzinę. A dla niej rodzina oznaczała jedno: za każde z nich była gotowa umrzeć.
W tej chwili była jednak jeszcze beztroską siedemnastolatką, którą mury Hogwartu chroniły od widma nadchodzącej wojny, zresztą dopiero majaczącego nieśmiało na horyzoncie.
- Nie wiem – odparła szczerze, trochę zbita z tropu pytaniem. Zazwyczaj, kiedy zapragnęła kwiatów, rwała je według kryterium „ładne”, a ładne było niemal wszystko. A jeszcze częściej „pachnie”, więc wrzucała do wazonu bez, konwalie albo jaśmin. I jako żywo, nigdy się nie zastanawiała, czy któreś lubi szczególnie. – Nie róże? Są wszędzie.
Matka je lubiła, ale Elise Potter była dokładnie taką damą, jaką nie była jej córka, godną małżonką przyszłej głowy rodu: piękną, elegancką, doskonale znającą zasady dobrych manier, a przy tym pewną siebie.
– Może większość wolałaby użyć depulso? – zasugerowała z rozbawieniem, bo ostatecznie żyli w krainie czarów. Chociaż nie, nie podejrzewała, że Anthony wkurzał dziewczyny tak, by jakieś miały koniecznie ochotę go zaatakować, w końcu może nie zdawała sobie w pełni sprawy z jego popularności, ale nie była aż tak ślepa, by nie widzieć jej wcale. Acz nie była pewna, czy taka wzgardzona podczas Walentynek tego nie zrobi. Złamane dziewczęce serce popychało niekiedy do drastycznych czynów, na przykład nasłania na chłopca stada dziobiących ptaszków.
Brenna lubiła wielu Ślizgonów. Tak samo jak Puchonów, Krukonów i Gryfonów. Szczerze i z całego serca ubóstwiała Tori i Cynthię, nawet jeżeli odstawała od ich towarzystwa, bo one były idealnymi potomkiniami czystej krwi, a ona była elementem chaosu u ich boku. Lubiła Seraphinę i młodego Prewetta, który miał zwyczaj chować się za jej plecami. Lubiła Yaxleya, zresztą kuzyna Borgina, który znikł już z Hogwartu, bo był dobry w pojedynkach i nie trzeba było go do ich ćwiczenia namawiać. Pewnie niektórym się to nie podobało, jak choćby jej kuzynce Lucy, ale Brenna niezbyt pojmowała, dlaczego jakiś stary kapelusz miał wskazywać, kogo będzie lubiła, a kogo nie.
Kiwnęła tylko głową na podsumowanie Slughorna, na moment znów zamyślona, bo właśnie dorzuciła do podejrzeń „plus dziesięć” każdemu członkowi jego Klubu.
– Czyli czternastego lutego nagle wszyscy robią się odważniejsi? – zdziwiła się, a potem prawie zakrztusiła przy próbie opanowania parsknięcia śmiechem. Ona i jemioła. Chłopcy nie polowali na nią pod jemiołą – chłopcy prosili lękliwym głosem, żeby wyjrzała przed nimi na korytarz i sprawdziła, czy nie czatuje tam Aurelia Skeeter, akurat pod największą kiścią jemioły. Lub wręcz przeciwnie, dopytywali, gdzie są takie Mavelle albo Danielle. Ewentualnie dopadali ją, by sprawdziła im pracę domową z transmutacji. A Brenna to robiła, bo lubiła transmutację i swoich kolegów. – Nie mam pojęcia, co to za dziewczyny, jestem prawie pewna, że na liście moich znajomych Ślizgonek jest raczej „dostać W z eliksirów i transmutacji” i „nie dać się zdemoralizować Brennie” niż „całowanie pod jemiołą”. A moja lista wygląda jeszcze inaczej – oświadczyła, uśmiechając się nieco łobuzersko, bo na tej były takie rzeczy, jak zbadanie korytarza za lustrem (zrobione), znalezienie w Zakazanym Lesie legowiska jednorożców (odhaczone), zostanie nielegalnym animagiem (zaliczone), wejście na dach szklarni (zrealizowane kilka razy) oraz zbadanie jaskini w pobliżu Hogsmeade (to planowała na marzec i smuciła się tylko, że nie zabierze ze sobą Mavelle). I może W z OPCM, a gdyby tego nie dostała, to rzucenie się z wieży astronomicznej z rozpaczy. Na sam bal nawet się nie wybierała, nie dlatego, że miała coś przeciwko balom, a bo nie miała zamiaru być piątym kołem u wozu.
– Mnie? Oj, Borgin, nie wierzę, że to mówię, ale stać cię na więcej – oświadczyła żartobliwie. Bo tak, była przypadkiem beznadziejnym i jedyne, co przyszło jej teraz do głowy, to podejrzenie, że chłopak z kimś się założył. Ale nawet się nie złościła na taką myśl. – Ta karta to święty Graal! Wcześniej szukałam jeszcze Morgan la Fey, ale wymieniłam się. Za siedem innych. Mało brakowało, a musiałabym podpisać cyrograf na oddanie duszy, na szczęście bardzo chciał kartę z Roweną Ravenclaw, a tych miałam trzy – stwierdziła z poważną miną, jakby faktycznie omal nie przehandlowała duszy za kartę z postacią z legend arturiańskich. – W porządku, ale jeżeli będziesz miał Nimue, nie pisz mi tego. Poważnie. Jestem pewna, że za próbę włamania do dormitoriów Slytherinu, żeby ukraść kartę, mogliby mnie wywalić ze szkoły.
Wzruszyła ramionami – niezbyt mocno, by nie upuścić bukietu, bo właśnie wolną ręką chowała resztę żab z powrotem do kieszeni szaty.
– Podliczacie, kto złapał ich najwięcej? Pewnie, możesz dorzucić do rachunków – zgodziła się bez oporów. – Mogę sprawdzić, czy niebezpieczeństwo przeminęło – zadeklarowała, wskazując na drzwi od schowka. I podjęła próbę ich otwarcia łokciem, bo w końcu nie mogli przesiedzieć tutaj całego wieczora, a ona miała jeszcze do schwytania handlarza amortencją.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.