Świat był barwny właśnie przez to, że każdy był zupełnie inny. Zabawne było to, że ludzie potrafili się między sobą dogadać mimo tego, że byli swoimi przeciwieństwami. Najwyraźniej te ciepłe kluski potrzebowały wokół siebie również skurwysynów i vice versa. Było tak od zawsze, jakoś działało, więc może i miało jakiś sens. Jedni musieli mieć twardsze dupy, no ale coś za coś.
Czy Beltane mocno zmieniło coś w Norze? Zapewne nie, może poza tym, że po raz kolejny przekonała się, że zagrożenie jest bardzo realne. Również dla takich osób jak ona, które po prostu chciały żyć. Salem zginął podczas tego zamieszania, to była dla niej ogromna strata. Był jej przyjacielem, współpracownikiem, członkiem rodziny. Dobrze zrobiła, że zaangażowała się w działania Zakonu. Może nie walczyła, ale mogła pomagać tym, którzy ryzykowali swoje życia w obronie innych.
- Wiesz, że się ciebie nie boję. - Spoglądała na Sauriela uważnie. Co właściwie miało znaczyć wątpliwie niegroźne towarzystwo. Nie wierzyła w to, że mógłby jej zrobić krzywdę. Znali się tyle lat. Naiwność była jej cechą charakterystyczną. Jakby te młodzieńcze lata miały wiele wspólnego z tym, co działo się teraz. Miała jednak nadzieję, że mają dla innych, tak jak miały dla niej. Nie mogła wierzyć w to, że inni mogliby tak po prostu zmienić swoje nastawienie. Potrzebne były osoby, które zawsze widziały innych w dobrym świetle. Norka była jedną z nich.
- Ach, Salem potrafił omotać każdego. - Kącik ust drgnął jej w delikatnym uśmiechu na wspomnienie kota. Tak już miał, że potrafił urabiać ludzi. Był w tym specjalistą. Nie miał najmniejszego problemu z najtrudniejszymi przypadkami. Ten kot miał w sobie coś takiego, że nikt nie umiał mu odmówić.
Przesunęła po raz kolejny kieliszek z tym wątpliwej jakości trunkiem do ust, kiedy Sauriel zaczął mówić dalej. Zakrztusiła się alkoholem kiedy wspomniał o tym, że jest wampirem. Jak to wampirem, tym, który żywił się krwią ludzi? Przecież przychodził do jej kawiarni, gdzie mógł spotkać Mabel. Czy byłby w stanie wyssać krew z jej córki? Zbledła. Nie do końca wiedziała, w jaki sposób powinna się zachować. Nie była to sytuacja, którą mogła przewidzieć. Jednak kiedyś usłyszała podobną informację od Erika, nie był może wampirem, bo wilkołakiem, ale go nie skreśliła. Nie miał na to wpływu, zresztą Rookwood pewnie też się o to nie prosił. Nie potrafiła sobie wyobrazić, że to było jego życzenie, żeby stać się wampirem. Przecież powodowało to różne ograniczenia. Ktoś go skrzywdził, bardzo mocno. - To wiele wyjaśnia. - Powiedziała spokojnym tonem. - Bolało? - Była to pierwsza rzecz, o którą go zapytała. Na pewno go bolało, była głupia, że w ogóle powiedziała to na głos, ale od czegoś musiała zacząć.
- Sauriel, strasznie mi przykro, że cię to spotkało, ale to nic nie zmienia. - Dodała jeszcze, bo właściwie nie obchodziło ją, czy był wampirem, wilkołakiem, czy zwyczajnym człowiekiem. Nadal był tym Rookwoodem, którego znała ze szkoły. - Jak ci się żyje w ten sposób. - Zawahała się na moment. - Właściwie, czy to jeszcze jest życie? - Bo chyba nie do końca. Miała trochę wątpliwości. Nie znała też jeszcze żadnego wampira, było to dla niej coś zupełnie nowego.
- Nie wydaje mi się, żeby to miało coś wspólnego z moim bezpieczeństwem, znajome wampiry aktualnie chyba nie są największym problemem. - Śmierciożercy przecież biegali po ulicach i atakowali takich jak ona. Wydawało jej się, że to większe zagrożenie od kolegi wampira, gdyby tylko wiedziała, że poza tym jest śmierciożercą... No, ale nie wiedziała.
- Masz rację. - Przesunęła w jego kierunku kieliszek tej okropnej nalewki, która waliła spirytem, po czym ponownie ruszyła w stronę lady. Przyniosła ze sobą butelkę czystej wódki i sok jabłkowy. To powinno być smaczniejsze. Nalała sobie wódy do szklanki i dopełniła zawartość sokiem. Pociągnęła spory łyk, musiała jakoś odreagować. - Teraz lepiej. - Odparła zadowolona.