28.08.2023, 22:34 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.08.2023, 22:48 przez Brenna Longbottom.)
Brenna nie umiała zdecydować, czy po śmierci Edwarda powinna o Cynthię się martwić, czy wręcz przeciwnie. Utrata narzeczonego, nawet takiego z woli rodziny, zdawała się jej czymś trudnym. Ale Edward nigdy nie pasował do Cynthii i kiedy Brenna usłyszała o planowanym ślubie, mimo że wiedziała o szczęśliwym oblubieńcu bardzo niewiele, zakrztusiła się tym, co właśnie piła, zastanawiając, co do głowy strzeliło Flintowi. Zdecydowanie nie wyczuwała też zachwytu rychłym małżeństwem ze strony przyjaciółki.
W ich świecie niewiele osób miało luksus wyjścia za mąż z miłości. Wiedziała to nawet Brenna, która wychowała się w rodzinie podchodzącej do spraw inaczej, i gdzie z trójki rodzeństwa jej ojca aż dwójka poślubiła osoby półkrwi. Ale wiedziała też, że Cynthia mogłaby mieć niemal każdego mężczyznę, wszak miała inteligencję, odpowiednie nazwisko, była piękna, a przy tym naprawdę doskonale odnajdywała się w towarzystwie. Dlaczego więc Edward?
Brenna nie chciała pytać za wiele, bo miała przeczucie, że to temat, który Cynthia niekoniecznie chce poruszać. Zerkała jednak na nią trochę uważniej niż zwykle. Bo tak, martwiła się o nią i chętnie by pomogła – i wcześniej w wyplątaniu się z małżeństwa z Edwardem, nawet gdyby miało to oznaczać konieczność szukania na niego haków, i teraz, jeżeli czułaby się jednak tą śmiercią przygnębiona (choć pewnie nie była). Taka była jej natura, choć i wykorzystanie oraz zranienie nie było w przypadku Brenny takie łatwe. Bo – mimo wszystko – nie była naiwna, a wzajemności oczekiwała zaledwie od garstki osób. I tylko ta garstka mogłaby naprawdę ją zranić.
Kiwnęła jedynie głową, z cichym westchnieniem. O tak. Yule przez długie lata nie będzie już dla tej dwójki szczęśliwym świętem.
– Żona ofiary zamarudziła u swojej siostry. Na całe szczęście – mruknęła. – Jeżeli miałabym strzelać, chcieli pokazać, że nikt nie jest bezpieczny. Poza tym na pewno wcześniej obserwowali okolicę. Trafili dokładnie na moment wymiany patroli. Oficjalnie jedna grupa zaczyna, a druga startuje, ale ostatnie pięć minut dla pierwszej grupy to często wypisanie się i przekazanie informacji, a dla drugiej pierwsze pięć to wysłuchanie ewentualnych instrukcji. To stworzyło chwilową lukę. Wszystko trwało parę minut. Teleportowali się spod mieszkania w momencie, w którym dotarli tu Brygadziści.
Brenna wiedziała, że nie mogą być wszędzie, a jednak była zła. Zła, że nie zdążyli. Zła, że nie zdołali uratować tego mężczyzny. Zła, że sama się tutaj nie pojawiła i zła, że żyli na świecie, w którym tacy ludzie jak ten mężczyzna byli narażeni na niebezpieczeństwo. Bardzo starannie skrywała jednak tę złość pod maską spokoju. Zwykle była szczera, niekiedy aż nazbyt otwarta, ulegała impulsom i nie lubiła udawać, ale pod tym względem umiała grać równie dobrze jak Cynthia: to co ciemne zamykać głęboko w sobie, by nie pokazywać tego innym.
Obserwowała Cynthię uważnie, początkowo bez słowa, nie chcąc przerywać przyjaciółce w pracy. Nawet ona wiedziała, kiedy się zamknąć, a to był taki moment. Wyciągnęła z jednej z licznych kieszeni swojego płaszcza notatnik, bo choć wiedziała, że wszystko trafi do raportu, wolała mieć i własne notatki. Między innymi dlatego nie wezwano tu od razu aurorów – obrażenia nie wskazywały na avadę.
– Nie było różdżki. Prawdopodobnie ją zabrali – powiedziała, kiedy Cynthia skończyła relację i spojrzała na nią znad notatnika. Ciemne oczy Brenny były bardzo poważne. – Nie użyli avady. Widzę ku temu trzy możliwe przyczyny. Jeszcze nie nauczyli się jej rzucać, chcieli, by wiedział, że umrze… albo zależało im na wyciągnięciu z niego jakiejś informacji – stwierdziła, wciąż z tym fałszywym spokojem. Myślała o tej ostatniej walce, którą tu stoczono. Zdawało się jej, że ściany i ciało już o niej szepcą, choć jeszcze nie pojmowała tych szeptów: zrozumie je dopiero, gdy siądzie w kręgu widmowidza, kiedy wszystkie czynności zostaną zakończone, a ona zostanie tu sama, z jednym zaufanym Brygadzistą co najwyżej.
– Czy widzisz coś, co mogłoby potwierdzić albo obalić którąś z tych wersji? – zapytała, bo ustalenie tego było jedną z najważniejszych rzeczy, a zeznania samej Brenny… to zwykle był trop, ale nie pewny dowód przecież.
W ich świecie niewiele osób miało luksus wyjścia za mąż z miłości. Wiedziała to nawet Brenna, która wychowała się w rodzinie podchodzącej do spraw inaczej, i gdzie z trójki rodzeństwa jej ojca aż dwójka poślubiła osoby półkrwi. Ale wiedziała też, że Cynthia mogłaby mieć niemal każdego mężczyznę, wszak miała inteligencję, odpowiednie nazwisko, była piękna, a przy tym naprawdę doskonale odnajdywała się w towarzystwie. Dlaczego więc Edward?
Brenna nie chciała pytać za wiele, bo miała przeczucie, że to temat, który Cynthia niekoniecznie chce poruszać. Zerkała jednak na nią trochę uważniej niż zwykle. Bo tak, martwiła się o nią i chętnie by pomogła – i wcześniej w wyplątaniu się z małżeństwa z Edwardem, nawet gdyby miało to oznaczać konieczność szukania na niego haków, i teraz, jeżeli czułaby się jednak tą śmiercią przygnębiona (choć pewnie nie była). Taka była jej natura, choć i wykorzystanie oraz zranienie nie było w przypadku Brenny takie łatwe. Bo – mimo wszystko – nie była naiwna, a wzajemności oczekiwała zaledwie od garstki osób. I tylko ta garstka mogłaby naprawdę ją zranić.
Kiwnęła jedynie głową, z cichym westchnieniem. O tak. Yule przez długie lata nie będzie już dla tej dwójki szczęśliwym świętem.
– Żona ofiary zamarudziła u swojej siostry. Na całe szczęście – mruknęła. – Jeżeli miałabym strzelać, chcieli pokazać, że nikt nie jest bezpieczny. Poza tym na pewno wcześniej obserwowali okolicę. Trafili dokładnie na moment wymiany patroli. Oficjalnie jedna grupa zaczyna, a druga startuje, ale ostatnie pięć minut dla pierwszej grupy to często wypisanie się i przekazanie informacji, a dla drugiej pierwsze pięć to wysłuchanie ewentualnych instrukcji. To stworzyło chwilową lukę. Wszystko trwało parę minut. Teleportowali się spod mieszkania w momencie, w którym dotarli tu Brygadziści.
Brenna wiedziała, że nie mogą być wszędzie, a jednak była zła. Zła, że nie zdążyli. Zła, że nie zdołali uratować tego mężczyzny. Zła, że sama się tutaj nie pojawiła i zła, że żyli na świecie, w którym tacy ludzie jak ten mężczyzna byli narażeni na niebezpieczeństwo. Bardzo starannie skrywała jednak tę złość pod maską spokoju. Zwykle była szczera, niekiedy aż nazbyt otwarta, ulegała impulsom i nie lubiła udawać, ale pod tym względem umiała grać równie dobrze jak Cynthia: to co ciemne zamykać głęboko w sobie, by nie pokazywać tego innym.
Obserwowała Cynthię uważnie, początkowo bez słowa, nie chcąc przerywać przyjaciółce w pracy. Nawet ona wiedziała, kiedy się zamknąć, a to był taki moment. Wyciągnęła z jednej z licznych kieszeni swojego płaszcza notatnik, bo choć wiedziała, że wszystko trafi do raportu, wolała mieć i własne notatki. Między innymi dlatego nie wezwano tu od razu aurorów – obrażenia nie wskazywały na avadę.
– Nie było różdżki. Prawdopodobnie ją zabrali – powiedziała, kiedy Cynthia skończyła relację i spojrzała na nią znad notatnika. Ciemne oczy Brenny były bardzo poważne. – Nie użyli avady. Widzę ku temu trzy możliwe przyczyny. Jeszcze nie nauczyli się jej rzucać, chcieli, by wiedział, że umrze… albo zależało im na wyciągnięciu z niego jakiejś informacji – stwierdziła, wciąż z tym fałszywym spokojem. Myślała o tej ostatniej walce, którą tu stoczono. Zdawało się jej, że ściany i ciało już o niej szepcą, choć jeszcze nie pojmowała tych szeptów: zrozumie je dopiero, gdy siądzie w kręgu widmowidza, kiedy wszystkie czynności zostaną zakończone, a ona zostanie tu sama, z jednym zaufanym Brygadzistą co najwyżej.
– Czy widzisz coś, co mogłoby potwierdzić albo obalić którąś z tych wersji? – zapytała, bo ustalenie tego było jedną z najważniejszych rzeczy, a zeznania samej Brenny… to zwykle był trop, ale nie pewny dowód przecież.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.