Definicja słowa "znajomy" była bardzo szeroka. Zazwyczaj oznaczała po prostu osobę, którą znacz. Niekoniecznie tą, z którą masz kontakt. Laurent się zastanawiał i dumał nad tym magicznym słowem, co znaczyło dla kogo. Przyjął za fakt, że u Victorii to słowo nie znaczyło wcale "osoba, którą znam". Oznaczało osobę bliższą. Albo może tylko do tego kontekstu? Słowo, które potrafiło być wybiórcze. Nie w swojej prawidłowej definicji, w pojmowaniu go społeczeństwa. Dla jednego to była osoba, której po prostu poznałeś imię. Dla kogoś innego osoba, której nie tylko imię poznałeś, ale również spotkałeś kilka razy. Teraz podchodziła definicja osoby, która jednak była kimś, z kim utrzymywałeś kontakt. I, o zgrozo, właściwie to wszyscy mieli rację. Przecież nie nazwiesz kogoś, z kim ledwo trzymasz doraźny kontakt przyjacielem. Nawet tą, z którą kontakt masz regularnie, ale to nie znaczyło, że jesteście ze sobą bardzo blisko. Wszystko potrafiło się rozmywać, kiedy zaczynałeś mieszać definicję z tym, jak różni ludzie ją postrzegali. Czasem zresztą nawet nie rozumieli słowa, które sami wypowiadali.
Laurent odetchnął i przymknął oczy na chwilę. Nie musiała się tak emocjonować, chociaż rozumiał, że miała przykre doświadczenia z prasą, dlatego nagle troszkę się zjeżyła. Nie na niego - na to, co się zaczęło z nią samą dziać po Beltane. Przez moment nawet stracił wątek, kompletnie wybity, kiedy z tematu mordercy i tego, jak działa prasa, weszła na personalne doznania i to, jak bardzo jej przeszkadzali. I tym, którzy doświadczyli Beltane. Dopiero, kiedy zakończyła zrozumiał, jakimi torami poszedł jej umysł, bardzo niejasnymi dla słuchacza - że to chodziło o to, jak prasa była w stanie krytykować aurorów za to, jak chronili sabat. Albo może właśnie jak go nie chronili. Nie, z dziennikarstwem to nigdy nie była prosta sprawa, a tym bardziej nie była prosta, kiedy przychodziło do tematów tak delikatnych. Nakrył ich dłonie swoją drugą ręką.
- Nie musisz się o to martwić. Nigdy nie robię niczego pochopnie, tego również nie zrobię. Nawet nie jest mi to w smak, nie jest mi to na rękę. Wątpię, by ta sprawa nie ujrzała światła dziennego. Jednak mam wrażenie, że twoje przykre doświadczenia z prasą zaburzyły tutaj twoją ocenę. - Patrząc na to, jakie argumenty wyciągnęła ciężko było odnieść inne. Nie mówił tego złośliwie, bo nie o to chodziło. Człowiekowi zawsze się przydawał inny punkt widzenia... choć to nie od Victorii zależało, czy te publikacje wyjdą, czy też nie. - Dziennikarze nie są diabłami, którzy wiedzą i widzą wszystko. Niepotrzebnie łączysz tę sprawę z sabatem. Nie są do siebie nawet zbliżone. - Cofnął dłoń, ale tylko tą wierzchnią. Drugą mocniej, dla otuchy, zacisnął wokół palców Victorii przez moment. Zmienił trochę swoją pozycję, siedział teraz bardziej obrócony przodem do Victorii. Nie, stanowczość tutaj nie była potrzebna. Laurent w końcu miał swój rozum, a i nie zamierzał wtykać kija w mrowisko. Stwierdził coś kompletnie oczywistego. Łatwo w końcu zadbać tylko o bliskich, nie przejmować się tym, że jakiś Henryk z Little Hangleton może nawet umarł od tych ran, albo je otrzymał, ale poszedł do szpitala i tego nie zgłosił, żeby ludzie go nie wzięli za wariata. Ludzie nie byli tacy odważni, nie myśleli "pierwsze co lecę do aurorów". Niestety. Laurent bardzo często żałował, że w ogóle przejmuje się ludźmi, którzy tak na dobrą sprawę... których nawet nie lubił, jako ogółu. W końcu do New Forest uciekł nie tylko dlatego, żeby być bliżej morza. Uciekł, bo nie lubił tłumów. Bo ludzie byli po prostu straszni. Wiedział, że Victoria nie ma niczego złego na myśli i rozumiał, że przecież wychodzenie z jakimiś oświadczeniami bez zbadania sprawy nie wchodziło w grę. Kto wie? Może mieli szczęście i mężczyzna zniknął tajemniczo?
Ach, właśnie. Zniknął...
Oczy Laurenta otworzyły się bardzo szeroko. Nie miała tyle... szczęścia? Właśnie miała cały kubeł szczęścia, całe morze szczęścia! Ktoś ją ochronił, chociaż wiedziała, że ten znowu się na nią czai. Czyli wiadome było - wracał. Wracał po swoje ofiary. Ktoś, kto... czymkolwiek się posługiwał, odgonił tego psychopatę. Ona to nazywała "nieszczęściem"? Laurent był jednak za bardzo przerażony myślą tego, że on wraca, żeby skupić się na zupełnym braku zrozumienia tego, że Victoria uznała nieznajomego mężczyznę, który ją obronił, za nieszczęście. Czy może to, że po nią wrócił. Nie miał pojęcia i teraz nawet o tym nie myślał. Spoglądał na Victorię z przerażeniem. Nie odpowiedział na jej prośbę. Ona nawet nie do końca teraz docierała do jego głowy. Bo przecież jak to - nie iść spać? Co to zresztą da, że do kogoś pójdzie? Co... Laurent zaczął wręcz drżeć. Zaniemówił. Bo chyba na coś takiego nie było lepszych słów.