Niektóre spotkania były po prostu meant to be. Nie mogłeś uciec przed splotami przeznaczenia, kiedy te owijały się wokół twoich kostek, nadgarstków, kiedy trzymały cię i ciągnęły w jedną i określoną stronę. Elaine po prostu musiała znaleźć Laurenta, tak było zapisane w gwiazdach, których nikt nie odczytał. Laurent po prostu poszedł w złym kierunku - nie powinien był szukać Elaine Bell poprzez pytanie ludzi, liczenie na to, że ktoś będzie ją znał, albo nawet mieszkał obok niej. Powinien był zapytać gwiazd. Udać się do tego, który widzi przyszłość, albo przynajmniej potrafi rozczytywać znaki. Jednak o tym nie pomyślał. Był tutaj, tak przy okazji i takim sposobem przepowiednia sama z siebie mogła się spełnić.
- Jestem dość zajęty, drogi...
- A pan to nie ma czasu. Żaden pan nie ma już czasu dla staruszka. - Jęknął duch, westchnął, wzruszył swoimi ramionami, dosłownie przelatując przez Laurenta, przez co ten się zatrzymał, zadrżał cały i objął się ramionami. Ku swojemu utrapieniu - przez to spoglądając na tego, który tak pragnął jego atencji. Szkoda mu było tego ducha. Nie chciał mu przecież robić na złość, to nie tak, że nie chciał z nim porozmawiać. Ale było bardzo frustrującym, kiedy ktoś ci nawet nie pozwala dokończyć zdania. Bo Laurent gotów mu był nawet obiecać, że tutaj wróci i go posłucha. Teraz zaczynał być gotów tylko skłamać, że tu wróci, bo tak naprawdę przestawał chcieć go słuchać.
- Nie dajesz mi nawet dok...
- Pleplpele... - Wydał z siebie dziwaczny dźwięk duch, wywrócił oczami i wyglądało to trochę tak, jakby się położył. Tylko w powietrzu. Na jakimś wyimaginowanym hamaku, którego tutaj wcale nie było. Laurent wybałuszył na niego oczy, wytrącony trochę z równowagi, jaką posiadał. Ale ten szok odrobinkę, na momencik, ostudził jego irytację. - A pan może jednak zgodzi się posłuchać, co? - Laurent zacisnął szczęki. Jeśli jeszcze sekundę temu irytacji nie czuł tak teraz, dzięki bogom, powróciła. Dzięki bogom, bo przynajmniej wiedział, na kogo mógł się gniewać. I za co!
- Nie jestem tu...
- Plepelple! - Laurent spoglądał na tego ducha z niedowierzaniem i odrobinką właściwie oburzenia. - O! A co to? - Duch przekrzywił głowę, patrząc od dołu na buszującą w koronie lisicę.