Laurent podskoczył, kiedy małe, drobne, rude stworzenie pojawiło się tuż przy nich. On jej wcześniej nie zauważył, duch - jak najbardziej. I tak oto tajemniczy duch podpytujący go o różne rzeczy przez moment był o wiele bardziej zaciekawiony samą Elaine i zapomniał o Laurencie. Na "moment" było tylko zapomnienie. Zaraz ciekawskie spojrzenie ducha powędrowało z powrotem do blondyna, kiedy okrążył on małą wiedźmę niczym zimny, mały zefirek, podnosząc do tańca jej letnią sukienkę i burzę włosów.
- A pani to nie widzi, że duchem jestem, no przecież..? - Zaintonował dalej. Laurent ani myślał zrobić kroku. Oto i spadła mu z nieba - dosłownie! - poszukiwana Elaine Bell, o którą wypytywał, nad którą dumał i się zastanawiał. Jest. Jakby to było absolutnie oczywiste, że musiała i miała się tutaj pojawić, że nie było żadnego innego miejsca na tym świecie, w jakim być mogła. Blondyn po prostu odetchnął, objął się ramionami i zrobił jeden ledwo kroczek w tył, żeby między nimi a nim była jakaś przestrzeń. Nie było to komfortowe. Ani ten irytujący duch, ani Elaine, która chyba bardziej niż żywymi była zainteresowana martwymi... z jakiegoś powodu. Różne dziwne istoty jednak kroczyły po tym świecie, nie chciał oceniać. Jego mogli wyzywać od dziwaków, bo słyszał i rozumiał zew morza. Trudno. - Słuchasz? - Dopytał duch Laurenta, kiedy zaczął słyszeć pytania, BARDZO zadowolony ewidentnie z tego, że ktoś mu chcianą uwagę poświęca. Dokładnie tego dzisiejszego dnia potrzebował! Blondyn nie odpowiedział już na głos, żeby znowu mu bezczelny duch nie przerwał. Był troszkę w kropce. Nic nie przeszkadzało temu, żeby stąd wyszedł... ale w końcu znalazła osobę, której zawdzięczał życie.
- To jakieś 60 lat, rudzielcu. Spłonąłem, spłonąłem tragicznie. Pracowałem z małymi dzieciaczkami, wyniosłem wszystkie, wszystkie dzieciątka... i co mi z tego, co mi z tego... teraz nawet słuchać mnie nie chcą dorośli, dziatki mi uciekają... - I mimo tego, jakim tonem mówił, na jego twarzy pojawiała się ta nostalgia. Znowu kontrolnie zerknął na Laurenta. - Nie byłem w zaświatach i nie możesz mnie dotknąć. A panienka to ma takie pomysły, niemądra kobietko, gdzie cię uczono magii? - I czarodziejstwa, chciałoby się powiedzieć. - Tak, tak! A pani taka dobra, tak trafiłaś! Kwiaty. Chciałbym kwiaty na mój grób, dawno nie odwiedzany. Moja rodzina już chyba czeka na mnie tam... po drugiej stronie... czy zapomnieli... - Akurat tutaj duch przesadzał. Tak grubo przesadzał. Bo na jego grobie, który właśnie pokazywał palcem, były kwiaty. Może nie dzisiejsze czy wczorajsze, ale były. - Dobrze, dobrze, że chcesz nadrabiać niewiedzę i zastępować ją wiedzą. - Duch wyprostował się, zamknął oczy, wypiął dzielnie pierś. Kiedy Elaine włożyła swoją dłoń w jego klatkę piersiową mogła poczuć tylko przeraźliwe, okropne zimno nieprzypominające niczego innego. Sam duch się trochę skrzywił, ale zrobił tylko "hm" pod nosem. W końcu nie będzie dziecka ganił za to, że jest ciekawe. - Zmarli nie piją, nie jedzą. Nie ma we mnie pragnienia. Tylko pragnienie serca, uwagi... A żyłem dobrze, a dobrze żyłem, miła pani. Byłem młody, miałem żonę, Carmelitę. Z Włoch do mnie przyjechała. I uczyła ze mną włoskiego, chociaż niewielu chciało się tego pięknego języka uczyć. - Zaczął mówić. Laurent temu niedowierzał. Ewidentnie jakby Elaine znalazła po prostu swojego ducha bratniego... w duchu. Już miał od tego migrenę. Jakaś niepotrzebna partia trzecia. - Nie, nie, ja tutaj zostaję, mnie nie można zabrać. - Nie zgodził się na żadne przenosiny ani wynosiny duch.