Dobry Jezu, pomyślał Erik, gdy na deskach statku dostrzegł nikogo innego, jak nieprzytomnego Weissa. Automatycznie zwolnił kroku, dając sobie te kilka dodatkowych sekund, aby dojść do porządku dziennego z tą sytuacją. Nie, żeby było to wybitnie proste. Migająca raz po raz lampy, łkający Elijah i jego rozhisteryzowana matka – nic z tego nie sprawiało, że było to w jakikolwiek sposób n o r m a l n e.
— Tego jeszcze nie wiemy — warknął do kobiety, jednak momentalnie pożałował tych słów.
Dopiero po chwili, gdy lampy ponownie zaświeciły, dostrzegł krwawy rozbryzg na ścianie. Erikowi zrobiło się na moment ciemno przed oczami. Zerknął na Elijaha. Że niby on mu to zrobił? Przecież chłopak miał problem z tym, aby przenieść wór węgla z jednego końca kotłowni na drugi, a co dopiero mówić o zbiciu na miazgę dorosłego mężczyzny.
— Co masz na myśli? — spytał, zatrzymując się na moment przy nastolatku, do którego zdążyły już dobiec Geraldine i Victoria. — Kto z tobą rozmawiał? Ktoś z kotłowni? Z załogi?
Rozejrzał się na boki w roztargnieniu. Magia? Jaka magia? Elijah musiał sobie coś wymyślić. A może podsłuchał jakieś rozmowy na wyższych pokładach i wbił sobie do głowy jakieś bajeczki? Gdyby nie spoczywające bez życia ciało Weissa, Erik może by się nawet zaśmiał na tę myśl. Teraz jednak nie było mu do śmiechu.
Podszedł do kolegi z pracy, aby sprawdzić, jaki jego stan. Przez to, kobiety zdążyły ponownie puścić się w pościg za chłopakiem, podczas gdy Erik został z tyłu, aby sprawdzić, czy los Weissa faktycznie był przesądzony, jak wskazywały na to znaki „walki” na pobliskiej ścianie.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞