30.08.2023, 01:54 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.08.2023, 01:59 przez Norvel Twonk.)
Anthony, Laurent, Stanley
Marianne przelewała się Anthony’emu przez ręce, gdy ją podnosił. Chociaż sama była dość drobna i raczej lekka, jej ubranie stało się ciężkie od wody. Pozostawała chorobliwie blada, a jednak – gdy ją tulił, gdy sprawdzał puls, wydawało mu się, że ten jeszcze bił. Był słaby, ledwo wyczuwalny, dziwnie powolny – jak jego własny puls, jakby obydwa się w jakiś zadziwiający sposób zsynchronizowały. To nie był najwłaściwszy moment, ale przez chwilę, znalazł na to nawet odpowiednie porównanie: jak wtedy, gdy świat zwolnił, bo padał na pokład. Ale czy kiedykolwiek padał na pokład?
Persefona Fawley ucichła. Nie protestowała, gdy Laurent złapał ją za ramiona. Jej poczerwieniała z szoku i bólu twarz zastygła w trudnym do opisania grymasie. Zacisnęła usta w cienką linię, drgała jej brew a oczy… oczy nabrały jakiegoś szczególnego wyrazu. Pokiwała powoli głową.
- O tak, już dobrze, dobrze – zgodziła się a w jej głosie pojawiły się jakieś ciemniejsze nuty. – Proszę nigdzie nie iść, panie Burkes! – zawołała, mając chyba nadzieję, że zatrzyma Stanleya w pół kroku. Ten zaś, gdy tylko wypadł z pokoju poczuł, jak zrobiło mu się słabo aż musiał się zatoczyć. Przez sekundy miał przebłysk, że statek przechyla się, staje prawie w pionie a do środka schodami wlewa się zimna, morska woda. Lampy skwierczą, gdy pada elektryka. Światło zamigotało, sprawiając, że przebłysk zniknął. - Proszę jeszcze nigdzie nie iść – doprecyzowała pani Fawley, strącając ręce Laurenta ze swoich ramion. – Albo proszę iść i sprowadzić mi Howarda. Tak, czy inaczej, nikt nie może się dowiedzieć o Marianne. Życie za życie to uczciwa cena, prawda?
Machnęła ręką w stronę szafy a ta otworzyła się sama. I Laurent, ze zdziwieniem, mógł dostrzec że w środku wcale nie było sukienek, halek i innych damskich rzeczy. To znaczy były, ale nie tylko i nie zajmowały aż tak wielkiej części garderoby, jak powinny. Po pierwsze wnętrze szafy wydawało się o wiele większe niż powinno być. Po drugie, w środku był kocioł i schowana w klatce sowa. Po trzecie znaczną część zajmowało więcej dziwnych, dziwacznych przedmiotów, które może można by i było znaleźć w jakimś sklepie z badziewiem ezoterycznym, ale najwyraźniej pani Fawley traktowała to wszystko nad wyraz poważnie.
W nos Laurenta znowu uderzył zapach słonej wody, zgniłych ryb i wodorostów. Światło w kajucie przygasło a w jego głowie pojawiła się myśl, że sowa nie powinna siedzieć w szafie, że trzeba ją było przynajmniej od czasu do czasu wypuścić, by sobie polatała. Usłyszał dźwięki wydawane przez uderzające o pokład rybie ogony i widział wyłupiaste rybie oczy, zamykające się i otwierające rybie usta i duszące się rybie skrzela. A kiedy podniósł wzrok na Anthony’ego Burkesa, obraz mężczyzny też zaczął się zmieniać. Zniknął Burkes, którego jak mu się wydawało dobrze znał, a pozostała sylwetka Anthony’ego Borgina. Przypomniał sobie jak płynął na łodzi ku statkowi widmo, jak w jego uszy uderzyły dziwne, rozpaczliwe głosy, jak upadał na pokład.
I już wiedział, że nie był żadnym Laurentem Thomsonem. Był Laurentem Prewettem. Zawsze nim był.
- Anthony, kochasz moją córkę, prawda? Zrobiłbyś dla niej wszystko, prawda? – zapytała tymczasem pani Fawley. - Jest sposób, by znowu żyła.
Tura trwa do 02.09.2023 roku do godziny 21.00