Poczytalność była czasem bardzo niepewną rzeczą.
Przeszedł go kolejny dreszcz, kiedy Persefona powtórzyła jego słowa. Przyłapała go na kłamstwie? Tylko co mówić matce, która właśnie straciła córkę? Jak ją pocieszyć, co powiedzieć? Laurent sam prawie panikował, a w drugiej części siebie niedowierzał chwilowemu widokowi. W jego umysł wkradła się poprawka, że może jednak nie jest za późno, może dziewczyna żyje! Tylko potrzebny był szybko medyk, który jej pomoże! Ale ten ton był czymś innym. Pojęciem "dobra", które wypaczało się u swych podstaw jak gnijące mięso, które roztacza potem mdlący, słodki zapach.
- J-jak to nie iść? - Otworzył szerzej oczy, patrząc w szoku na kobietę. Słowa: przecież pani córka potrzebuje pomocy! ugrzęzły mu jednak w gardle i go nie opuściły. Nie próbował znowu jej złapać, kiedy odepchnęła jego ręce. Zawiesił je w przestrzeni między nicością a tym, jak przed momentem były oparte na kobiecie, która rozpaczała. A teraz... co teraz robiła właściwie Persefona Fawley? - Jak to... nie dowiedzieć się? - Może ktoś uznałby te pytania ze bzdurne, ale słowa tej kobiety go mroziły. O pytanie, które zadała pytać nie chciał. Bał się odpowiedzi. Przesycały go tylko mocniej strachem i tym poczuciem, że to, co się tutaj dzieje, jest absolutnie popierdolone. Tak wykolejone, że nie układało się nawet w głowie. Coś było nie tak. Ale to normalne, tak, przecież to normalne... oczy Laurenta powędrowały ku otworzonej szafie. Tak, tak, to też było normalne. Kociołek, przecież czasami się takie nosiło... na pewno się nosiło... Persefona mogła być z daleka, z jakiejś... egzotycznej rodziny. Chociaż wyglądała po prostu na angielkę. To normalne, że człowiek niedowierzał, gdy działa się tragedia. Tak chciał sobie to wszystko usprawiedliwiać.
Laurent obrócił się do ściany, podparł rękoma o drewno i zwymiotował od widoków i smrodów, jakie go zupełnie opętały. Jego żołądek skurczył się i wymusił na nim wyplucie swojej zawartości. Albo tylko mu się tak wydawało. Podniósł wzrok na Antyonyego, swojego przyj... na... na kogo? Kim był ten człowiek? Kim był ten drugi człowiek? Oni byli osobami, które... moment.
Laurent spojrzał w kierunku lustra, szukając odbicia swojej twarzy. Czy to sen? Czy to znów jakiś upiorny sen, jak wtedy, z tamtym mordercą. Panicznie przeszukał swoje kieszenie w poszukiwaniu różdżki, a kiedy jej nie znalazł... złapał lampkę stojącą na stole i z całej mizernej siły, jaką miał, uderzył nią w głowę stojącej do niego tyłem Persefony.
- Anthony! Ocknij się! Nie jesteś żadnym Burkesem! - Jeśli jego imię było takie samo, to może tamtego też? Nie miał pojęcia, zresztą teraz nawet nie było to ważne! Jakkolwiek w rzeczywistości na imię miał ten człowiek, Laurent chciał tylko, żeby się wybudził. Bo, o zgrozo, przecież nie poradzi sobie sam... bez różdżki. Laurent nie czekał na ruch kobiety i spróbował też walnąć kobietę tym stoliczkiem, na którym lampka stała.
I hyc o babę lampką..?
Slaby sukces...
... stolikiem?
Sukces!