30.08.2023, 19:01 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.08.2023, 19:47 przez Brenna Longbottom.)
Knieja nie była już bezpieczna.
Magiczne lasy z definicji nie było może najbezpieczniejszymi miejscami na świecie, ale ten konkretny las Brenna doskonale znała. Wychowywała się w jego cieniu, chodziła tu na spacery z rodzicami, potem z bratem i kuzynkami, a wreszcie sama, czasem biegając w postaci ludzkiej, czasem w wilczej. Teraz stał się obcy, odmieniony, pomiędzy drzewami przemykała tam gdzieś bezimienna groza.
I była jeszcze opowieść o Mildred Found.
Brenna mieszkała w Dolinie Godryka od zawsze i znała w niej wszystkich chyba czarodziejów oraz wielu mugoli. Jednych lepiej, innych gorzej. Byli tacy, którzy ją lubili, tacy, którym była doskonale obojętna i tacy, którzy jej nie cierpieli. Ale krążące po okolicy plotki zwykle szybko docierały do jej uszu, zasłyszane na spacerze, w miejscowym pubie albo sklepie, a to była jedna z nich: Mildred straszliwie się zmieniła i nie była to zmiana naturalna.
Dodajmy do tego, że była to plotka o tym, że Mildred coś ścigało w Kniei. Przed czymś uciekała i gdyby nie pracownicy Bingssa, nie wiadomo, jakby skończyła. Takie plotki docierały do Brenny z prędkością światła, bo było jasne, że jeżeli ktoś postanowi coś zrobić, słysząc hasła takie jak "potwory", "coś dziwnego", "zaatakowały", to ona będzie pierwsza w kolejce. Pewnie stała w jakiejś podobnej wtedy, kiedy wszyscy inni czekali na otrzymanie instynktu samozachowawczego.
- ...przybiegła do pod dom Binggsa. Padła ledwo żywa. Przerażona i... postarzała. Nie posiwiała ze stresu, co jeszcze byłoby normalne, jestem pewna, że po tej cholernej nocy sama mam masę siwych włosów, ale jakby straciła kilka czy kilkanaście lat życia - mówiła przyciszonym głosem do Patricka, gdy wędrowali na obrzeża lasu, gdzie miała czekać na nich Mildred.
Bo Brenna nie wahała się, kiedy usłyszała, że pani Found chce, aby ktoś poszedł z nią w głąb lasu. Tam, gdzie mogła czaić się bezimienna groza. Wszak Brygadzistka nie mogła oprzeć się myśli, że być może to ta sama groza, na którą bezskutecznie polowała w ostatnich tygodniach.
Chciała pomóc tej kobiecie. Chciałaby pomóc nawet, gdyby nie kryły się za tym żadne ukryte motywy. A w tym przypadku taki Brennie towarzyszył – robiła wszystko, by dowiedzieć się czegoś więcej o istotach z Kniei i jak dotąd nie zdobyła niemal żadnych informacji. To była szansa na coś więcej. I wspomniała o sprawie Stewardowi, który wprawdzie w Dolinie nie mieszkał, ale był przecież żywo zainteresowany wszystkimi nieprzewidzianymi skutkami działań Voldemorta podczas Beltane. Ba, nawet poświęciła się na tyle, że pierwszy raz od prawie trzech tygodni, weszła po niego do Biura Aurorów, do którego kiedyś wpadała ze trzy razy dziennie, a którego obecnie unikała jak morowego powietrza - chociaż właściwym opisem byłoby pewnie "wpadła jak po ogień".
W ten sposób oboje pojawili się na miejscu, na którym pani Found miała czekać na kogoś, kto zabierze ją do jej domu.
I Brenna do tego domu zamierzała ją zabrać. Ale chciała spytać, co zobaczyła przy rzece. Oraz na własne oczy zobaczyć zmiany, jakie w niej zaszły. W końcu - jeżeli coś atakowało ludzi w Dolinie, to była sprawa dla Ministerstwa.
– Nie brzmi ci to, jakby coś zabrało jej siły życiowe? Nie tylko z duszy, ale i organizmu? A ciało… – urwała, nie musiała jednak chyba kończyć. Patrick Steward był zasadniczo bardziej lotny od niej, więc było jasne, że domyśli się, co Brenna chciała powiedzieć o ciele wujka. Zwłaszcza, że napisała mu, czego dowiedzieli się Nora, Dora, Cynthia i ona...
– To chyba ona – mruknęła po chwili, spoglądając na postać czekającą w pobliżu farmy Binggsa. W oczach Brenny kobieta zdawała się krucha: tak bardzo krucha, gdy stała tam zgarbiona, obejmując się ramionami.
Magiczne lasy z definicji nie było może najbezpieczniejszymi miejscami na świecie, ale ten konkretny las Brenna doskonale znała. Wychowywała się w jego cieniu, chodziła tu na spacery z rodzicami, potem z bratem i kuzynkami, a wreszcie sama, czasem biegając w postaci ludzkiej, czasem w wilczej. Teraz stał się obcy, odmieniony, pomiędzy drzewami przemykała tam gdzieś bezimienna groza.
I była jeszcze opowieść o Mildred Found.
Brenna mieszkała w Dolinie Godryka od zawsze i znała w niej wszystkich chyba czarodziejów oraz wielu mugoli. Jednych lepiej, innych gorzej. Byli tacy, którzy ją lubili, tacy, którym była doskonale obojętna i tacy, którzy jej nie cierpieli. Ale krążące po okolicy plotki zwykle szybko docierały do jej uszu, zasłyszane na spacerze, w miejscowym pubie albo sklepie, a to była jedna z nich: Mildred straszliwie się zmieniła i nie była to zmiana naturalna.
Dodajmy do tego, że była to plotka o tym, że Mildred coś ścigało w Kniei. Przed czymś uciekała i gdyby nie pracownicy Bingssa, nie wiadomo, jakby skończyła. Takie plotki docierały do Brenny z prędkością światła, bo było jasne, że jeżeli ktoś postanowi coś zrobić, słysząc hasła takie jak "potwory", "coś dziwnego", "zaatakowały", to ona będzie pierwsza w kolejce. Pewnie stała w jakiejś podobnej wtedy, kiedy wszyscy inni czekali na otrzymanie instynktu samozachowawczego.
- ...przybiegła do pod dom Binggsa. Padła ledwo żywa. Przerażona i... postarzała. Nie posiwiała ze stresu, co jeszcze byłoby normalne, jestem pewna, że po tej cholernej nocy sama mam masę siwych włosów, ale jakby straciła kilka czy kilkanaście lat życia - mówiła przyciszonym głosem do Patricka, gdy wędrowali na obrzeża lasu, gdzie miała czekać na nich Mildred.
Bo Brenna nie wahała się, kiedy usłyszała, że pani Found chce, aby ktoś poszedł z nią w głąb lasu. Tam, gdzie mogła czaić się bezimienna groza. Wszak Brygadzistka nie mogła oprzeć się myśli, że być może to ta sama groza, na którą bezskutecznie polowała w ostatnich tygodniach.
Chciała pomóc tej kobiecie. Chciałaby pomóc nawet, gdyby nie kryły się za tym żadne ukryte motywy. A w tym przypadku taki Brennie towarzyszył – robiła wszystko, by dowiedzieć się czegoś więcej o istotach z Kniei i jak dotąd nie zdobyła niemal żadnych informacji. To była szansa na coś więcej. I wspomniała o sprawie Stewardowi, który wprawdzie w Dolinie nie mieszkał, ale był przecież żywo zainteresowany wszystkimi nieprzewidzianymi skutkami działań Voldemorta podczas Beltane. Ba, nawet poświęciła się na tyle, że pierwszy raz od prawie trzech tygodni, weszła po niego do Biura Aurorów, do którego kiedyś wpadała ze trzy razy dziennie, a którego obecnie unikała jak morowego powietrza - chociaż właściwym opisem byłoby pewnie "wpadła jak po ogień".
W ten sposób oboje pojawili się na miejscu, na którym pani Found miała czekać na kogoś, kto zabierze ją do jej domu.
I Brenna do tego domu zamierzała ją zabrać. Ale chciała spytać, co zobaczyła przy rzece. Oraz na własne oczy zobaczyć zmiany, jakie w niej zaszły. W końcu - jeżeli coś atakowało ludzi w Dolinie, to była sprawa dla Ministerstwa.
– Nie brzmi ci to, jakby coś zabrało jej siły życiowe? Nie tylko z duszy, ale i organizmu? A ciało… – urwała, nie musiała jednak chyba kończyć. Patrick Steward był zasadniczo bardziej lotny od niej, więc było jasne, że domyśli się, co Brenna chciała powiedzieć o ciele wujka. Zwłaszcza, że napisała mu, czego dowiedzieli się Nora, Dora, Cynthia i ona...
– To chyba ona – mruknęła po chwili, spoglądając na postać czekającą w pobliżu farmy Binggsa. W oczach Brenny kobieta zdawała się krucha: tak bardzo krucha, gdy stała tam zgarbiona, obejmując się ramionami.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.