Nawet taki lew salonowy, jak on, potrzebował wymknąć się ze złotego pawilonu, w którym przebywał. Nie nazywał tego złotą klatką, ponieważ czuł się tam nad wyraz swobodnie poza tymi momentami, w których twarze wszystkich uczestników danego przyjęcia zaczynały przypominać bezkształtną masę, wymienianie uścisków dłoni i uśmiechanie się stanowiło prawdziwy maraton. Taki moment nadszedł właśnie teraz i dlatego postanowił wyłączyć się ze wszystkich atrakcji oferowanych przez organizatorów tego rejsu. Podążył w stronę burty, z zamiarem oparcia się o osadzoną na niej barierce. Nie byłoby w tym nic niewłaściwego, gdyby nie to, że nogi poniosły go w kierunku postaci wpatrzonej w morską toń.
— Cześć. — Zagadnął do Laurenta. Planował w najbliższym czasie nawiązać z nim kontakt, w dogodnym dla siebie momencie. Nie spodziewał się tego, że on będzie uczestniczyć w tym rejsie. Podchodząc do niego nie miał nawet pewności, czy ten mężczyzna będzie chciał z nim porozmawiać. Po miesięcznym braku kontaktu ze sobą może być im trudno znaleźć wspólny język. Pewna prawidłowość została zachowana. Wpadali na siebie w najmniej spodziewanych momentach, zupełnie jakby to była niepisana tradycja. W rzeczywistości to był kaprys przewrotnego losu, który zdawał się realizować swój własny plan względem nich.
— Porozmawiamy? — Pytając o to liczył się z odmową ze strony młodszego mężczyzny.