— Na pewno zadziałałoby to na korzyść obu struktur w których pracujemy — przyznał mocnym głosem. W planie tkanym przez Ashling dostrzegał spory potencjał. Zarówno Biuro Aurorów jak i Brygada Uderzeniowa należały do tego samego departamentu. W dużej mierze zajmowali się podobną problematyką, a jednak trudno było nie zauważyć, że dzieliła ich bardzo widoczna granica, która nie raz nie dwa utrudniała współpracę przy ciężkich przypadkach w terenie. Westchnął cicho. — Nie byłoby to jednak łatwe do wdrożenia. Absolutnie nie zniechęcam do współpracy, ale mam przeczucie, że inne departamenty mogłyby nie docenić tych modyfikacji. My pracujemy tu na co dzień, widzimy pewne problemy w sposobie działania, ale dla nich... To po prostu część systemu. A są osoby, które na pierwszy oznaki ingerowania w ich system, mogą zacząć pokazywać nam na siłę, jak bardzo się mylimy.
Gdyby otrzymali oficjalną zgodę na przeprowadzenie jakiegoś szkolenia czy zajęć instruktażowych, które pokazałyby pracownikom, że pomimo pracy w różnych zakątkach Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów, mogą na sobie nawzajem polegać, byłby jednym z pierwszych, którzy rozwiesiliby plakaty. Współpraca była czymś, co należało promować w tych czasach, zwłaszcza biorąc różnej maści incydenty do jakich doszło w Londynie w ciągu ostatnich kilku lat. Na pewno świadomość, że ma się w okolicy zaufanych ludzi wpłynęłaby pozytywnie na morale w obu jednostkach.
— Cóż za wspaniała myśl. — Uśmiechnął się półgębkiem.
Podejrzewał, że gdyby pracowali stricte w przestrzeni biurowej. O, albo gdyby zajmowali się obsługą petentów spoza Ministerstwa Magii w jednym z licznych okienek któregoś departamentu. Tego typu mechanizm obronny mógł się okazać nad wyraz użyteczny, gdyby na przykład chcieli uniknąć interakcji z całym tłumem ludzi podczas ciężkiego dnia pracy. Negatywna aura, przekierowanie oczekujących do działu obok, a w międzyczasie miła sesja terapeutyczna przy filiżance herbaty.
Ah, o ile inne mogłoby być moje życie, pomyślał Erik, przyglądając się z nietęgą miną drzwiom. Miał dziwne przeświadczenie, że tego typu wybryk nie przeszedłby w Brygadzie Uderzeniowej. Co najwyżej spojrzano by na nich z dezaprobatą, a potem zagrożono, że albo przestaną dumać nad gorącym napojem i ruszą się do roboty albo mogą sobie już szukać nowej pracy.
— Jak wolisz. Aczkolwiek jeśli wpłynie na mnie skarga, bo jakiś stażysta się mnie przestraszy i pomyśli, że mu grożę, to oczekuję, że się zjawisz na moim procesie. Oczywiście po to, aby stanąć w mojej obronie — poinformował życzliwie, pozwalając pannie Greyback zająć się zablokowanym zamkiem.
Niedługo później, czy to przy pomocy magicznej różdżki, czy też jakiejś sprytnej sztuczki w wykonaniu Ashling, parze pracowników Ministerstwa Magii udało się wejść do środka. Erik przekroczył próg sali jako pierwszy, wyjmując zza pazuchy swoją różdżkę. Przezorny zawsze ubezpieczony, czy jak to tam mawiali ludzie. Jego wzrok omiótł całe pomieszczenie w poszukiwaniu ich małego zbiega, jednak na pierwszy rzut oka wydawało się, że go tu nie ma lub zdążył się ulotnić.
— Stąd jest tylko jedno wyjście, prawda? — rzucił do jasnowłosej, idąc w głąb pomieszczenia, strzelając wzrokiem to tu, to tam, starając się wypatrzeć ich cel.
Archiwa zazwyczaj miały tylko jedną drogę wejścia i wyjścia, jednak mężczyzna nie znał też każdego jednego pokoju w tym sektorze Ministerstwa. Czyżby ktoś tu próbował się ukryć?, pomyślał, zerkając w stronę wysokich szaf w których poukrywane były różnej maści dokumenty.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞