Zaklęcia zadziałały. Poukrywane w zaroślach wnyki bezpiecznie opuściły swoje miejsca. Ururu skupił na nich całą swoją energię, by absolutnie zapomnieć o tragicznej ranie na nodze.
— Tak, zebraliśmy wszystkie. Proszę zachować ostrożność, bo podobne pułapki mogą czyhać w drodze powrotnej... Chyba, że pójdziemy dokładnie tą samą ścieżką.
Marquez niestety nie był aż takim wielkim znawcą lasu, żeby odtworzyć trasę. W mieście potrafił poruszać się bez problemu. Mijane budynki różniły się od siebie, szczególnie przez wzgląd na znajdujące się w nich lokale. Restauracje i sklepy miały swoje nazwy zdatne do zapamiętania. A w lesie? Znaków szczególnych było tu niewiele. Gatunki roślin powtarzały się na całej jego objętości. Dotrzeć do punktu początkowego był w stanie poprzez wyczucie kierunku, ale któż wie, czy to była ta sama trasa.
Metalowe wnyki posłusznie poruszały się za nimi, niczym stadko psów. Wyjątkowo, Ururu nie otwierał buzi. Milczał, nawet nie wpadając na cudowny pomysł rozproszenia myśli poprzez rozmowę. Był zbyt skupiony na niemyśleniu o ranie. Utykał lekko, co niesamowicie go drażniło. Nie cierpiał wyróżniać się z tłumu (co i tak się działo przez jego wyjątkową aparycję). A korzystać z pomocy nowo poznanej kobiety tym bardziej nie chciał. Widziała za dużo i pragnął jak najszybciej zniknąć jej z pola widzenia.
Dojście do punktu zbiórki nie było aż tak daleko. Ale Marquez w pewnym sensie stanął i oparł się o drzewo. W głowie kręciło mu się od tłumionego bólu. Musiał iść. Ale wiedział, że kilka kroków więcej skończy się upadkiem. Tylko co powinien w tej sytuacji zrobić? Nie chciał prosić kobiety o pomoc. Już dużo dla niego zrobiła. Powinien sobie samemu poradzić. Tylko jak? Nie znał zaklęć na tak poważne rany. Jakże żałował teraz swojej bezmyślności. Zdecydowanie powinien był przyłożyć się bardziej do magii leczniczej.