Unikanie kontaktu wzrokowego mogło wskazywać na kilka emocji, jaka targała stroną przeciwną. Najbardziej popularnym był wstyd. Przed powiedzeniem głupot, przed ośmieszeniem się, przed samym sobą - bo poczucie, że staniesz się gorszy, jak tylko będziesz rozmawiać o uczuciach było, jak Laurent miał wrażenie, chorobą społeczną mężczyzn. Społeczną? Psychiczną? Ach, jakkolwiek by tego nie określać... nie tylko mężczyźni mieli z tym kłopot. Oni po prostu mieli większy. Laurent nie był w tym jakimś wybitnym protoplastą, który wynalazł wspaniały sposób na wyłażenie ze swojej skóry, żeby się zwierzać. Och nie, on był już w ogóle paskudną Puszką Pandory, nie odbierając niczego jego siostrze. Ilość ponurych i przykrych myśli, jaka kryła się w jego głowie i nigdy nie została wypowiedziana do kogokolwiek przytłoczyłaby wielu. I zazwyczaj szokowała, kiedy już się pojawiała ich część. Unikał relacji bardziej skomplikowanych niż przyjaźnie, czy przyjaźnie z benefitami. Zakochiwał się na jeden dzień, jedną noc - nie dłużej. Laurent nawet nigdy nikogo nie pokochał. Jakby był martwy w środku. A przecież nie był. Potrafił odczuwać wręcz za dużo - za siebie i za wszystkich dookoła, kiedy chłonął jak gąbka emocje zewsząd. Kontakt wzrokowy mógł też sugerować kłamstwo. Ukrywanie czegoś - emocji na przykład. Rzadko oczy kłamały, ale niewielu wiedziało, że cała sztuka rozpoznawania kłamstwa leżała w śledzeniu ruchów. Fałszywych gestów, nerwowych tików. W sprawdzaniu, czy oddech przyśpieszał. Philip Nott jednak mimo swojej niechęci do nawiązywania kontaktu wzrokowego, który był prawdziwą sztuką, kontakt ten nawiązał. Laurent więc nie miał okazji zastanowić się, co też takiego ten mężczyzna próbował ukrywać i co znowuż będzie przed nim kombinować.
Och tak, to zdecydowanie będzie poważna rozmowa. Widział to już po postawie, jaką przybrał mężczyzna. Jakby stanął na podium, gdzie zaraz będzie wygłaszał jakieś swoje oświadczenie. Oświadczenie..? Czemu akurat to słowo przyszło mu do głowy? Chyba przez to, że tak się przygotowywał do tej chwili, myślał i myślał przez ten miesiąc... Myślał naprawdę? To nie tak, że Laurent się nie martwił wcale o tego człowieka, ale tak naprawdę sądził, że to mogło pójść w kilka stron. Wyglądało zresztą na to, że rytuał z Beltane był możliwy do przełamania, zdziwiłby się, gdyby się temu nie poddał, skoro to była klątwa. Tak to zdaje się określili w Proroku? Zaraz zresztą jego podejrzenia miały zostać potwierdzone, a wszelkie wątpliwości rozwiane.
Takim sposobem Philip zaczął mówić, stojąc tak jak dumny mąż, kiedy Laurent całkowicie swobodnie opierał się o barierkę. Rozpięty garnitur, brak krawata, rozpięte dwa górne guziczki koszuli - najlepszy dowód na to, że wieczór toczył się swobodnie i pewne konwenanse również zostały trochę rozluźnione. Powinien zatrzymać dech w piersiach, o tak. Zamiast tego oddychał spokojnie. Zaczęło się w końcu całkowicie niewinnie. Laurent skinął głową ze dwa razy na uznanie, że to był dobry pomysł, dobry wybór. Bez sensu w końcu było się męczyć. Był w zasadzie całkiem ciekaw, co się stało po przełamaniu skutków tego rytuału. Wszystko przeszło, zniknęło? Czy coś zostało? Czy pozostawiło go odmienionego i teraz stał przed nim ten sam i niezmienny Philip? Nie... na pewno nie. "Tamten" Philip nie robiłby takiej, hm... pajacerki? O zgrozo, Laurent naprawdę nie wiedział nawet, jak to nazwać i określić, ale był w pełni wyrozumiały. Szczególnie, że był też trochę zaskoczony tą oficjalną postawą, która tak mocno kłóciła się z jego ściszonym głosem. I tak sobie Philip mówił i... i... wypowiedział ostatnie zdanie i...
Laurent zamrugał. A potem poruszył lekko głową w swoistym i'm sorry - what? Ostatnie zdanie zresetowało jego zdolność myślenia, zrobiło fikołka jego mózgiem i postawiło go z powrotem na nogi w dokładnie w tym samym miejscu, w którym stał. Powiedziało: siema, teraz sobie radź! i odpłynęło w siną dal. Przysięgam, że odpłynęło, widziałam osobiście. Tak, cisza. Kilka sekund ciszy, zanim blondyn pozbierał swój mózg z podłogi, wsadził go do czaszki. Po tym "i..." następuje więc: i nabrał głębokieeego oddeeechu. Nie, jeszcze do Laurenta nie dotarło, co mu Philip próbował przekazać. Albo po prostu nie chciał do siebie tego dopuszczać.
- Cieszę się, choć w zestawieniu z tymi wcześniejszymi słowami brzmi to strasznie... wyrwane z kontekstu. - Uśmiechnął się lekko. - Odczucie jest wzajemne. To całkiem zabawne, jak wiele to już lat i jak wiele nas jednocześnie dzieli. - Powiedział to lekko, choć myślał, że to w zasadzie nie powinno być zabawne - powinno być smutne. Ale tak im odpowiadało. Ponieważ wiedza budowała przywiązanie. A to... cóż, nie mógł powiedzieć, że nie przywiązał się do Philipa. Był to jednak zupełnie inny rodzaj przywiązania, lepszym słowem było: przyzwyczajenie. Był oswojony. - Gdybyś nie był takim chamem dla większości ludzi miałbyś więcej bliższych znajomości wokół siebie, zapewniam. - Powiedział to troszkę ze śmiechem w głosie, ale się nie zaśmiał. Cóż, to był fakt. Fakt, z którego akurat Philip sobie sprawę zdawał. - Niepokoi mnie prawie, jak mieliłeś moje rady w swojej głowie. Nie jestem żadnym magipsychologiem, Philipie. W każdym razie, co więc w końcu wywnioskowałeś?