07.11.2022, 12:06 ✶
Florence przypatrywała się Marcie w zamyśleniu. Milczała, wysłuchując opowieści o tej „okropnej osobie” (chociaż pomyślała sobie, że chyba potrafi zrozumieć, dlaczego ktoś wyśmiewał Martę i że mogło wcale nie chodzić o te grube, nieładne okulary: jeżeli zachowywała się za życia tak, jak po śmierci, na pewno nie cieszyła się popularnością) i pytań Williama. Jedyną reakcją, świadczącą o tym, że w ogóle sens historii do niej dociera, była powoli pogłębiająca się zmarszczka na jej czole.
- N…nie wiem – odparła Marta, z pewnym wahaniem. Kto wie, może czasem sama zastanawiała się, co dokładnie się tam działo? – Płakałam w kabinie, a nagle ktoś wszedł. I mówił, w jakimś dziwnym języku. Pomyślałam, że to chłopiec, a to łazienka dla dziewczyn, to otworzyłam drzwi, żeby mu to powiedzieć…
Florence nie mogła tutaj powstrzymać krótkiego spojrzenia na Williama. Jakby, typowo po Krukońsku, miała wielką chęć powiedzieć coś w stylu „a nie mówiłam”. Nie przerywała jednak historii. Historii, która, mimo zachowania Marty, przyprawiła ją o dreszcz na plecach.
Bo początkowo sądziła, że Marta jednak rozbiła sobie głowę o tę umywalkę. Albo chorowała na jakąś chorobę, której nie zdiagnozowano odpowiednio wcześnie i na którą nawet magia nie mogła wiele powiedzieć. Choroba serca, tętniak, one mogły zabić nagle nawet czarodzieja.
Wszystko wskazywało jednak na to, że zamordowano ją: tutaj. W Hogwarcie. W najbezpieczniejszym miejscu na świecie.
- Zobaczyłam parę żółtych oczu… i umarłam – szepnęła, a jej twarz rozjaśniła się na moment, jakby nie był to moment traumy, a najpiękniejsze wydarzenie w jej życiu. – Nagle zdrętwiałam, a potem leciałam, dokądś ulatywałam… i wróciłam. Och, jak później pięknie nastraszyłam Oliwię Hornby! – oświadczyła, a na jej twarzy tym razem pojawił się sadystyczny niemalże uśmiech. – Nie dałam jej zapomnieć, że to przez nią umarłam.
- Marto… - zaczęła Florence powoli. – Chcesz powiedzieć, że cię zamordowano? Jakaś… istota, przemawiająca chłopięcym głosem albo chłopiec i zwierzę zabili cię w hogwarckiej łazience?
To był powód jej wcześniejszego zamyślenia.
W Hogwarcie doszło do morderstwa…
- Jak jesteś taka mądra, to powinnaś sama rozumieć – prychnęła Marta, zerkając teraz nie na Florence, a na Williama. Jakby chciała się przekonać, czy jej opowieść zrobiła na nim należyte wrażenie.
- Kiedy to było? Dawno?
- Skąd mam wiedzieć? Nikt mi nie mówi, jaka jest data – burknęła Marta, a Florence z trudem powstrzymała się przed przewróceniem oczyma. Jakby nie mogła się tego dowiedzieć od dowolnej osoby w tym zamku. Albo na ceremonii przydziału! Krukonka zachowała jednak kamienny wyraz twarzy, bo bardzo chciała poznać odpowiedź. Miała nadzieję, że doszło do tego bardzo, bardzo dawno temu. Bo co jeżeli po hogwarckich łazienkach wciąż krążył jakiś morderczy potwór? Albo chłopiec, który zabił Martę, a oczy były tylko ubocznym efektem jakiegoś zaklęcia…?
- Mamy 1956.
- W takim razie nie żyję… od czternastu lat.
- N…nie wiem – odparła Marta, z pewnym wahaniem. Kto wie, może czasem sama zastanawiała się, co dokładnie się tam działo? – Płakałam w kabinie, a nagle ktoś wszedł. I mówił, w jakimś dziwnym języku. Pomyślałam, że to chłopiec, a to łazienka dla dziewczyn, to otworzyłam drzwi, żeby mu to powiedzieć…
Florence nie mogła tutaj powstrzymać krótkiego spojrzenia na Williama. Jakby, typowo po Krukońsku, miała wielką chęć powiedzieć coś w stylu „a nie mówiłam”. Nie przerywała jednak historii. Historii, która, mimo zachowania Marty, przyprawiła ją o dreszcz na plecach.
Bo początkowo sądziła, że Marta jednak rozbiła sobie głowę o tę umywalkę. Albo chorowała na jakąś chorobę, której nie zdiagnozowano odpowiednio wcześnie i na którą nawet magia nie mogła wiele powiedzieć. Choroba serca, tętniak, one mogły zabić nagle nawet czarodzieja.
Wszystko wskazywało jednak na to, że zamordowano ją: tutaj. W Hogwarcie. W najbezpieczniejszym miejscu na świecie.
- Zobaczyłam parę żółtych oczu… i umarłam – szepnęła, a jej twarz rozjaśniła się na moment, jakby nie był to moment traumy, a najpiękniejsze wydarzenie w jej życiu. – Nagle zdrętwiałam, a potem leciałam, dokądś ulatywałam… i wróciłam. Och, jak później pięknie nastraszyłam Oliwię Hornby! – oświadczyła, a na jej twarzy tym razem pojawił się sadystyczny niemalże uśmiech. – Nie dałam jej zapomnieć, że to przez nią umarłam.
- Marto… - zaczęła Florence powoli. – Chcesz powiedzieć, że cię zamordowano? Jakaś… istota, przemawiająca chłopięcym głosem albo chłopiec i zwierzę zabili cię w hogwarckiej łazience?
To był powód jej wcześniejszego zamyślenia.
W Hogwarcie doszło do morderstwa…
- Jak jesteś taka mądra, to powinnaś sama rozumieć – prychnęła Marta, zerkając teraz nie na Florence, a na Williama. Jakby chciała się przekonać, czy jej opowieść zrobiła na nim należyte wrażenie.
- Kiedy to było? Dawno?
- Skąd mam wiedzieć? Nikt mi nie mówi, jaka jest data – burknęła Marta, a Florence z trudem powstrzymała się przed przewróceniem oczyma. Jakby nie mogła się tego dowiedzieć od dowolnej osoby w tym zamku. Albo na ceremonii przydziału! Krukonka zachowała jednak kamienny wyraz twarzy, bo bardzo chciała poznać odpowiedź. Miała nadzieję, że doszło do tego bardzo, bardzo dawno temu. Bo co jeżeli po hogwarckich łazienkach wciąż krążył jakiś morderczy potwór? Albo chłopiec, który zabił Martę, a oczy były tylko ubocznym efektem jakiegoś zaklęcia…?
- Mamy 1956.
- W takim razie nie żyję… od czternastu lat.