31.08.2023, 00:04 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.08.2023, 11:44 przez Patrick Steward.)
Zacznijmy od tego, że Steward ciągle był nieswój. Nie do końca taki jak normalnie, dla postronnych może zmieniony przez wydarzenia, które miały miejsce podczas Beltane, dla siebie wciąż nie pogodzony z tym, co tkwiło w jego głowie.
Ciężko było się uporać z pewnymi sprawami w pojedynkę. Patrick zawsze lubił skrywać się w cieniu, siedzieć z boku i obserwować. Powoli wyciągać wnioski, reagować może trochę szybciej, ale raczej bezpiecznie. A teraz trochę jakby przeczył sobie. Nie zastanawiał się nad tym, co robi i na jakiej zasadzie, chciał się rzucać do przodu, walczyć, gotów był podjąć się niemal każdego niebezpiecznego zadania, byle tylko uciec od samego siebie.
Nic dziwnego, że podjęcie decyzji, by zaangażować się w sprawę Mildred Found zajęło mu dosłownie tyle czasu, ile potrzebował na podniesienie się z krzesła. Nie chodziło nawet o ciemne, bezkształtne potwory, które nawiedziły dom kobiety i potraktowały jak własny. Nie chodziło o Brennę, która polazłaby do Kniei i bez niego, bo przecież nie umiała usiedzieć na miejscu. Chyba chodziło o rozdzierającą go od środka samotność i poczucie osaczenia, którym nie mógł się z nikim podzielić. Albo o to, że śmierć w tym momencie naprawdę wydawała mu się lepszą alternatywą od tego, co mogłoby się stać, gdyby jej nie było.
Szedł obok Brenny, tym razem ubrany jak trzeba, w strój aurora. Różdżkę trzymał w ręku, może wyglądało to tak, jakby spodziewał się ataku, ale w rzeczywistości chyba chodziło o zwykłą przezorność. Od czasu do czasu spoglądał na brygadzistkę, ale jego wzrok częściej wędrował ku kniei a myśli w stronę Beltane.
- Uzdrowiciele nie mogą jej pomóc? – zapytał, notując sobie w głowie, by napisać później w tej sprawie do Florence. Tak, naprawdę mógł również podpytać Danielle lub nawet napisać krótki liścik do panny Malfoy, ale… ale ostatnio jakoś Florence jakoś bardziej i częściej chodziła mu po głowie i odruchowo szukał możliwości kontaktu z nią. W ogóle, powinien do niej napisać, przeprosić za to jak zachował się podczas wypadu na molo i może przesłać jej jakiś drobny prezent? – Znasz ją w ogóle? To znaczy, znałaś ją przed tym, co się stało? I tak, dokładnie tak to brzmi. Jakby coś nakarmiło się nie tylko jej duchem, ale i ciałem.
Co w sumie było dość niepokojące.
Patrick podniósł pochmurne spojrzenie na stojącą przy sadzie panią Found.
- Ona w ogóle jest w stanie iść tam z nami? – zapytał półgębkiem Brennę, póki jeszcze kobieta nie mogła ich usłyszeć.
A potem zainteresował się siedzącym na koniu młodym mężczyzną. Uśmiechnął się pod nosem, zastanawiając czy była w Kniei Godryka osoba, która by nie znała Brenny Longbottom. Swoją drogą, gdyby nie był tak młody, Steward zacząłby się zastanawiać, czy Brenna nie spotkała właśnie swojego księcia na białym rumaku.
- Dzień dobry – odpowiedział mu. Przez twarz przemknął mu grymas, gdy zrozumiał, że musiał uścisknąć wyciągniętą rękę. Nadal nie do końca pogodził się ze świadomością, że był jednym z tych Zimnych. I właśnie taki w dotyku był: zimny, gliniasty, nieprzyjemny i przenikający niedającym się ogrzać ciepłem. – Patrick Steward – przedstawił się, szybko cofając rękę, a potem kiwnął głową również w stronę Abraksasa. Nie za często je widywał.
Ciężko było się uporać z pewnymi sprawami w pojedynkę. Patrick zawsze lubił skrywać się w cieniu, siedzieć z boku i obserwować. Powoli wyciągać wnioski, reagować może trochę szybciej, ale raczej bezpiecznie. A teraz trochę jakby przeczył sobie. Nie zastanawiał się nad tym, co robi i na jakiej zasadzie, chciał się rzucać do przodu, walczyć, gotów był podjąć się niemal każdego niebezpiecznego zadania, byle tylko uciec od samego siebie.
Nic dziwnego, że podjęcie decyzji, by zaangażować się w sprawę Mildred Found zajęło mu dosłownie tyle czasu, ile potrzebował na podniesienie się z krzesła. Nie chodziło nawet o ciemne, bezkształtne potwory, które nawiedziły dom kobiety i potraktowały jak własny. Nie chodziło o Brennę, która polazłaby do Kniei i bez niego, bo przecież nie umiała usiedzieć na miejscu. Chyba chodziło o rozdzierającą go od środka samotność i poczucie osaczenia, którym nie mógł się z nikim podzielić. Albo o to, że śmierć w tym momencie naprawdę wydawała mu się lepszą alternatywą od tego, co mogłoby się stać, gdyby jej nie było.
Szedł obok Brenny, tym razem ubrany jak trzeba, w strój aurora. Różdżkę trzymał w ręku, może wyglądało to tak, jakby spodziewał się ataku, ale w rzeczywistości chyba chodziło o zwykłą przezorność. Od czasu do czasu spoglądał na brygadzistkę, ale jego wzrok częściej wędrował ku kniei a myśli w stronę Beltane.
- Uzdrowiciele nie mogą jej pomóc? – zapytał, notując sobie w głowie, by napisać później w tej sprawie do Florence. Tak, naprawdę mógł również podpytać Danielle lub nawet napisać krótki liścik do panny Malfoy, ale… ale ostatnio jakoś Florence jakoś bardziej i częściej chodziła mu po głowie i odruchowo szukał możliwości kontaktu z nią. W ogóle, powinien do niej napisać, przeprosić za to jak zachował się podczas wypadu na molo i może przesłać jej jakiś drobny prezent? – Znasz ją w ogóle? To znaczy, znałaś ją przed tym, co się stało? I tak, dokładnie tak to brzmi. Jakby coś nakarmiło się nie tylko jej duchem, ale i ciałem.
Co w sumie było dość niepokojące.
Patrick podniósł pochmurne spojrzenie na stojącą przy sadzie panią Found.
- Ona w ogóle jest w stanie iść tam z nami? – zapytał półgębkiem Brennę, póki jeszcze kobieta nie mogła ich usłyszeć.
A potem zainteresował się siedzącym na koniu młodym mężczyzną. Uśmiechnął się pod nosem, zastanawiając czy była w Kniei Godryka osoba, która by nie znała Brenny Longbottom. Swoją drogą, gdyby nie był tak młody, Steward zacząłby się zastanawiać, czy Brenna nie spotkała właśnie swojego księcia na białym rumaku.
- Dzień dobry – odpowiedział mu. Przez twarz przemknął mu grymas, gdy zrozumiał, że musiał uścisknąć wyciągniętą rękę. Nadal nie do końca pogodził się ze świadomością, że był jednym z tych Zimnych. I właśnie taki w dotyku był: zimny, gliniasty, nieprzyjemny i przenikający niedającym się ogrzać ciepłem. – Patrick Steward – przedstawił się, szybko cofając rękę, a potem kiwnął głową również w stronę Abraksasa. Nie za często je widywał.