31.08.2023, 00:57 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.08.2023, 01:06 przez Brenna Longbottom.)
Brenna zajęła się sprawą wampira, bo to leżało w jej naturze. Dostała zgłoszenie, więc je sprawdziła – nieważne, jak idiotyczne się zdawało i że zgłaszający był trupem. Nie wspominając o tym, że złożyła natrętnemu duchowi obietnicę, a bardzo nie lubiła łamać danego słowa.
Nie było to może najbardziej absurdalne śledztwo, jakie toczyła, znalazłoby się jednak w dziesiątce. Niemniej, Brenna nie była ani trochę zaskoczona, że spotkanie na jednym cmentarzu, grzebanie w aktach, kolacja na Horyzontalnej i kolejne grzebanie w aktach, ostatecznie doprowadziło ich tutaj: na drugi cmentarz.
- Powiedziałabym „mało prawdopodobne”. Ale mam wrażenie, że świat ostatnio działa tak, że jeżeli powiem to „mało prawdopodobne”, okaże się, że w okolicy mieszka nie jedna, a trzy wampirze siostry, od lat siejące zamęt w okolicy – stwierdziła Brenna pogodnie. Ten lekki ton nie oznaczał jednak, że Brygadzistka straciła czujność. Choć był dzień i nie spodziewała się, że wampir wyskoczy zza jakiegoś nagrobka, to i tak przypatrywała się podejrzliwie każdemu zakamarkowi, ziemi, a także, przede wszystkim, mauzoleum.
Ona też nie wyglądała tego dnia na Brygadzistkę. Ani nawet na czarodziejkę. Miała na sobie jeansy podobnie jak Patrick i też postawiła na przydużą bluzę z kapturem – po pierwsze, bo nie chciała, aby ktoś miejscowy mógł ją potem opisać, po drugie, ponieważ mogła ukryć pod nim nóż. A Beltaine i widok śmierciożerców, szukających różdżek w piachu przed Harper Moody, nauczyły ją jednego: bardzo niedobrze zostać bezbronnym, kiedy się rozbroją.
– Marunweem lata świetności ma za sobą, więc możesz mieć rację. Chyba rzadko kogoś tu chowają, a krewnych osób już pochowanych w większości zabrał czas – dodała, spoglądając na najbliższą płytę. Ostatnio cmentarze przygnębiały ją szczególnie: bo w pamięci wciąż miała niedawny pogrzeb, małego ducha oraz wszystkie ofiary czarnoksiężnika z bagien i Beltane. – Łatwo sprawdzić, czy ktoś się tutaj kręci – dodała. Rozejrzała się jeszcze raz, upewniając, że są tu sami – że żaden czarodziej albo mugol nie dojrzy ich zza ogrodzenia starego cmentarza. Potem, tak dla pewności, przykucnęła jeszcze za jednym z omszałych nagrobków.
Dwie sekundy później wybiegła zza niego wilczyca.
Brenna węszyła. Okręciła się wokół własnej osi, sprawdzając, czy wyczuje świeże, ludzkie… albo nieludzkie tropy na ścieżce. A potem cicho przemknęła przez trawę, ku mauzoleum. Wampiry nie pachniały już jak ludzie: nie pociły się, w ich ciałach nie zachodziły naturalne procesy. Ale to nie oznaczało, że nie miały zapachu wcale. Nosiły ubrania, czasem używały perfum, przylgnąć mogła do nich woń miejsc, w których bywały i nade wszystko – piły przecież krew. Szukała więc czegokolwiek, co nie byłoby zapachem ziemi, trawy oraz jakiejś przypadkowej nornicy.
Nie było to może najbardziej absurdalne śledztwo, jakie toczyła, znalazłoby się jednak w dziesiątce. Niemniej, Brenna nie była ani trochę zaskoczona, że spotkanie na jednym cmentarzu, grzebanie w aktach, kolacja na Horyzontalnej i kolejne grzebanie w aktach, ostatecznie doprowadziło ich tutaj: na drugi cmentarz.
- Powiedziałabym „mało prawdopodobne”. Ale mam wrażenie, że świat ostatnio działa tak, że jeżeli powiem to „mało prawdopodobne”, okaże się, że w okolicy mieszka nie jedna, a trzy wampirze siostry, od lat siejące zamęt w okolicy – stwierdziła Brenna pogodnie. Ten lekki ton nie oznaczał jednak, że Brygadzistka straciła czujność. Choć był dzień i nie spodziewała się, że wampir wyskoczy zza jakiegoś nagrobka, to i tak przypatrywała się podejrzliwie każdemu zakamarkowi, ziemi, a także, przede wszystkim, mauzoleum.
Ona też nie wyglądała tego dnia na Brygadzistkę. Ani nawet na czarodziejkę. Miała na sobie jeansy podobnie jak Patrick i też postawiła na przydużą bluzę z kapturem – po pierwsze, bo nie chciała, aby ktoś miejscowy mógł ją potem opisać, po drugie, ponieważ mogła ukryć pod nim nóż. A Beltaine i widok śmierciożerców, szukających różdżek w piachu przed Harper Moody, nauczyły ją jednego: bardzo niedobrze zostać bezbronnym, kiedy się rozbroją.
– Marunweem lata świetności ma za sobą, więc możesz mieć rację. Chyba rzadko kogoś tu chowają, a krewnych osób już pochowanych w większości zabrał czas – dodała, spoglądając na najbliższą płytę. Ostatnio cmentarze przygnębiały ją szczególnie: bo w pamięci wciąż miała niedawny pogrzeb, małego ducha oraz wszystkie ofiary czarnoksiężnika z bagien i Beltane. – Łatwo sprawdzić, czy ktoś się tutaj kręci – dodała. Rozejrzała się jeszcze raz, upewniając, że są tu sami – że żaden czarodziej albo mugol nie dojrzy ich zza ogrodzenia starego cmentarza. Potem, tak dla pewności, przykucnęła jeszcze za jednym z omszałych nagrobków.
Dwie sekundy później wybiegła zza niego wilczyca.
Brenna węszyła. Okręciła się wokół własnej osi, sprawdzając, czy wyczuje świeże, ludzkie… albo nieludzkie tropy na ścieżce. A potem cicho przemknęła przez trawę, ku mauzoleum. Wampiry nie pachniały już jak ludzie: nie pociły się, w ich ciałach nie zachodziły naturalne procesy. Ale to nie oznaczało, że nie miały zapachu wcale. Nosiły ubrania, czasem używały perfum, przylgnąć mogła do nich woń miejsc, w których bywały i nade wszystko – piły przecież krew. Szukała więc czegokolwiek, co nie byłoby zapachem ziemi, trawy oraz jakiejś przypadkowej nornicy.
Rzut Z 1d100 - 74
Sukces!
Sukces!
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.