31.08.2023, 04:34 ✶
- Oh - wyszeptała cicho. To zmieniało postać rzeczy. To zmieniało wszystko, bo w perspektywie tego, ze ta sama osoba bawiła się jeszcze na Beltane, sprawiało że jej pierwsza propozycja brzmiała jeszcze bardziej niemądrze. Dora zasępiła się na moment nieco bardziej, kręcąc tylko głową na kolejne słowa Brenny, z jakąś skruchą kryjącą się za tym gestem. Chciała być pomocna i dlatego chwilę później siedziała na podłodze, wertując stertę książek, aż w końcu jej palce znalazły się może nie na tej której szukała, ale na takiej, która wydawała się nieco bardziej... właściwsza. Bardziej na miejscu w sposób, który może nie odpowiadał na pytania, ale podsuwał do głowy nowe pomysły, które mogły zaprowadzić je gdzieś dalej. Jeśli nie do celu, to przynajmniej w lepszym kierunku.
- Hm... artefakt? Też brzmi prawdopodobnie. Musiałby być bardzo nieprzyjemny - w sensie ociekania wręcz czarną magią. Crawley skinęła lekko głową, zanim znowu zbliżyła się do Brenny. Podciągając tylko spódnicę dłońmi, jedną chyba tylko dla niepoznaki, bo wciąż ściskała w niej książkę i wciąż na kolanach, niczym dziecko które w całym zaaferowaniu zapomniało, ze podniesienie się na równe nogi zabrałoby mu mniej czasu niż drobienie na kolanach. Niemniej jednak, zatrzymując się pod parapetem podniosła tomiszcze i zaczęła je kartkować.
- Nie jestem specjalistką od magicznych stworzeń - jej ekspertyza w ich zakresie koncentrowała się głównie na zwykłej teorii, pochłoniętej z ciekawości i rozszerzającej się na zastosowanie magicznych składników pochodzących od nich. - Ale przecież nie wszystkie zabijają ludzi w sposób... bezpośredni. Nie wszystkie mają pazury czy kły... - przewróciła parę kolejnych stron, zanim znalazła się pod właściwą literą. - To co mówisz nie wskazuje na nic konkretnego. Brzmi bardziej jak... fenomen, ale mogłybyśmy się zastanowić co zabija tak, że cielesna powłoka zostaje w większości nietknięta. Osłabiona, pozbawiona życia owszem, ale w miarę zachowana... Z tego co powiedziałaś zrozumiałam, że ciało było w jednym kawałku... W sensie, że wszystko było na swoim miejscu...? - zaryzykowała, nie będąc pewną jak właściwie wizualizowała sobie to, co Longbottom jej powiedziała. - W każdym razie... to książka o magicznych stworzeniach. Zobaczyłam ją i tak sobie pomyślałam, że może to coś z tego? Może czupakabra, ale ona żyje w ameryce i tylko pije krew. Jest też coś takiego, co nazywa się Sionnach, według legend pożera dusze ludzi pozostawiając puste skorupy, ale one żerują tylko w szkockich lasach. No i sa na wymarciu. No ale może... może też to? - podniosła książkę ku górze, tak by Brenna ją widziała, palcem pukając w jedną ze stron na których była otworzona.
- Dementor - powiedziała Dora z pewną dozą grozy w głosie. - Ich pocałunek pozbawia życia, prawda? - niby zapytała, ale była to tylko formalność, bo przeszła już do trybu gdzie rozmawiała o czymś, o czym jej przyjaciółka miała pojęcie. W końcu dementorzy byli w azkabanie, a Brenna była pracownikiem ministerstwa, na pewno wiedziała co na przestępców czeka w więzieniu. - Może... może dementor go pocałował, a ktoś wykorzystał to i dopełnił dzieła? Ale Brenna, skąd tu w Kniei dementor?
- Hm... artefakt? Też brzmi prawdopodobnie. Musiałby być bardzo nieprzyjemny - w sensie ociekania wręcz czarną magią. Crawley skinęła lekko głową, zanim znowu zbliżyła się do Brenny. Podciągając tylko spódnicę dłońmi, jedną chyba tylko dla niepoznaki, bo wciąż ściskała w niej książkę i wciąż na kolanach, niczym dziecko które w całym zaaferowaniu zapomniało, ze podniesienie się na równe nogi zabrałoby mu mniej czasu niż drobienie na kolanach. Niemniej jednak, zatrzymując się pod parapetem podniosła tomiszcze i zaczęła je kartkować.
- Nie jestem specjalistką od magicznych stworzeń - jej ekspertyza w ich zakresie koncentrowała się głównie na zwykłej teorii, pochłoniętej z ciekawości i rozszerzającej się na zastosowanie magicznych składników pochodzących od nich. - Ale przecież nie wszystkie zabijają ludzi w sposób... bezpośredni. Nie wszystkie mają pazury czy kły... - przewróciła parę kolejnych stron, zanim znalazła się pod właściwą literą. - To co mówisz nie wskazuje na nic konkretnego. Brzmi bardziej jak... fenomen, ale mogłybyśmy się zastanowić co zabija tak, że cielesna powłoka zostaje w większości nietknięta. Osłabiona, pozbawiona życia owszem, ale w miarę zachowana... Z tego co powiedziałaś zrozumiałam, że ciało było w jednym kawałku... W sensie, że wszystko było na swoim miejscu...? - zaryzykowała, nie będąc pewną jak właściwie wizualizowała sobie to, co Longbottom jej powiedziała. - W każdym razie... to książka o magicznych stworzeniach. Zobaczyłam ją i tak sobie pomyślałam, że może to coś z tego? Może czupakabra, ale ona żyje w ameryce i tylko pije krew. Jest też coś takiego, co nazywa się Sionnach, według legend pożera dusze ludzi pozostawiając puste skorupy, ale one żerują tylko w szkockich lasach. No i sa na wymarciu. No ale może... może też to? - podniosła książkę ku górze, tak by Brenna ją widziała, palcem pukając w jedną ze stron na których była otworzona.
- Dementor - powiedziała Dora z pewną dozą grozy w głosie. - Ich pocałunek pozbawia życia, prawda? - niby zapytała, ale była to tylko formalność, bo przeszła już do trybu gdzie rozmawiała o czymś, o czym jej przyjaciółka miała pojęcie. W końcu dementorzy byli w azkabanie, a Brenna była pracownikiem ministerstwa, na pewno wiedziała co na przestępców czeka w więzieniu. - Może... może dementor go pocałował, a ktoś wykorzystał to i dopełnił dzieła? Ale Brenna, skąd tu w Kniei dementor?
The woods are lovely, dark and deep,
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.