Usta Laurenta delikatnie uniosły się ku górze, kiedy dojrzał znajomą, wyprostowaną sylwetkę. Obcy człowiek - nie mógłby inaczej określić. Czy może już: znajomy? Kto jest znajomy, a kto nadal nie - odwieczne pytanie ciążące na społeczeństwie, jedno słowo, tyle znaczeń, tyle możliwości... Kayden na pewno miałby coś na ten temat do powiedzenie, a temat ten wracał do blondyna jak bumerang w ostatnim czasie. Może więc powinien zadać je osobie, która całkiem przepadała za monologami..? Podniósł się z krzesła z cichym jego szurnięciem, gdy już Kayden wszedł na pokład i dopełnił formalności z kobietą i swoim skrzatem. Ciekawe, czy zaliczał się do tych osób, które skrzaty szanowały czy może do tych czystej krwi, którzy mieli je za ścierki do podłogi..? Ośmielał się myśleć, że raczej to pierwsze. Po jego wielkich, utopijnych słowach, jakie zdążył od niego usłyszeć podczas ich rozmów.
- Obieżyświata... - Powtórzył za nim z jeszcze szerszym uśmiechem i błyskiem w oczach, lekko przechylił głowę. Oj Kayden, Kayden... Jego twarz niemal mówiła "coś ty wymyślił, jaki obieżyświat?", dopełniając jego ton. - Jeśli chciałbym nim być to tylko w jednym ze swoich niepoprawnych marzeń. - Ponieważ zostawienie jego kochanego New Forest na kilka dni to jedno, a zostawienie na... dłużej? Albo na: częściej? O zgrozo... Co innego też wybrać się na rejs, gdzie w zasadzie jest się, hehe, uziemionym, a co innego tam, gdzie w razie czego siecią fiuu można się teleportować z powrotem do domu. Tutaj nawet normalna, przyzwoita teleportacja nie miała prawa zadziałać. Stąd na ląd - jasne. Z lądu - na płynący statek? Oj nie. Wiele, wiele elementów składało się na to, że żadnym obieżyświatem zostać nie planował. Lecz... - Każdy potrzebuje odrobiny wytchnienia od pracy. A ja potrzebuję go bardziej niż zazwyczaj. - Oprócz tego, że może widać było bladość karnacji to w zasadzie nie dało się stwierdzić, że wyglądał na chorego. Że coś z nim było nie tak. Jedynie rzucić się mogło w oczy, że prawą ręką bardzo oszczędnie i powoli ruszał. - Jeśli wierzyć mojemu medykowi to "pacjent będzie żyć". - Zażartował delikatnie, bo niektóre rzeczy były o wiele łatwiejsze do przełknięcia, kiedy ubierało się je w humor. Nawet jeśli nie było się z czego śmiać. - Jestem winny wyjaśnienia, ale to może później. Zaproponowałbym - w ramach przerwy na drugie śniadanie przy zwiedzaniu Marsylii. Jeśli mogę cię trzymać za słowo, że będziesz moim przewodnikiem. - Wskazał gestem na żywe miasto, które wręcz zachęcało do tego, by zagłębić się w uliczki i zakosztować jego smaków. Tak, pamiętał, że Kayden nie mieszkał we Francji i nie o to chodziło mu kiedy mówił o przewodnictwie. Bez języka francuskiego również by sobie poradził, nawet biorąc pod uwagę niechęć Francuzów do uczenia się języka angielskiego. Natomiast rzeczy w towarzystwie smakowały lepiej, kolory były piękniejsze, a widoki bardziej czarujące. - Oprowadziłbym cię najpierw po okręcie, ale obawiam się, że wtedy moglibyśmy się zgubić obaj. - Zniknęło jakieś takie... napięcie? Laurent sam nie wiedział. Przynajmniej dla niego było teraz lekko i... ekscytująco, kiedy spoglądał w oczy przed sobą. Nie, napięcie nie zniknęło. Po prostu było inne. Nie ten rodzaj, którego chcesz się pozbyć, a który wręcz chcesz utrzymywać, bo wywoływało przyjemne odczucie pragnienia czegoś więcej, co nie pośpieszało. Blondyn spojrzał na statek i pojedyncze osoby, które się po nim kręciły. - Poproszę o definicję "kogoś ważnego". Czy posiadacze fortun, biznesmeni, politycy i artyści są ważni?