Rodzina rodzinie była nierówna, ale każda miała swoje za uszami i każda miała coś w swojej kieszeni. U jednych były to ilości pieniędzy u innych wpływy, niektórzy mieli oba w mniejszej czy większej ilości. Lestrange sianem z kieszeni nie śmierdziało. Byli stałymi bywalcami tak na wyścigach jak i w kasynach Prewettów i potrafili tam zostawiać niemałe sumy. Nie byli więc i samemu Laurentowi obcy jako jedna z tych najmilej witana przez niego klientela w swoim małym zakątku raju. Victorię w końcu też tutaj widywał, tylko w sprawach całkowicie innych niż pieniężne. Nie wiedział, czy kobieta cokolwiek z fortuną swoją robi, czy ją pomnaża, bo jak na razie to był jej posag, który postanowiła jakoś... ukryć? Przenieść? Otworzyć nową skrytkę w Gringocie? Nie był nawet pewien, czy wypada mu o to pytać, bo jednak kwestia pieniędzy była sprawą delikatną i czasami lepiej było tego nie wiedzieć - dla obu stron. Szczególnie, kiedy sytuacja nie była pewna.
- Widzisz? Więc już jesteś bezpieczniejsza. - Bo jeśli nie przed Rookwoodami to przed swoją rodziną. Pod tymi samymi nazwiskami mogło być kilka rodzin, z których jedna sypała pieniędzmi z rękawa, a druga żyła całkiem skromnie, bo akurat posad nie był odpowiedni. Victoria miała po rodzinie pieniędzy bardzo dużo. Laurent powinien być osobą, która przekaże nazwisko dalej, ale nie było takiej opcji. Jego krew była brudna, to wystarczyło, żeby na drzewie pozostał brzydki, wypalony ślad. Na szczęście tak nie było. Po prostu sobie rósł, dojrzewał, taka latorośl. Ale tak się dało. Tak się naprawdę dało. - Jakimi Śmierciożercami... Victorio, na móżdżek żaby... - Wystraszyła go teraz całkiem mocno. Laurent o Śmierciożercach wiedział tyle, co czytał o nich w gazetach. Co o nich słyszał. Co widział po ich przejściu, gdy zostawiali za sobą popiół i zgliszcza. - Nigdzie nie musiałabyś uciekać, mogłabyś nadal tu żyć, w Londynie, pracować. Mogłabyś się wyprowadzić do innego miasta. Masz naprawdę ogrom możliwości. - Ujął jej twarz, kiedy trochę uspokoiła swój płacz, by spojrzeć w jej oczy, żeby zacząć ocierać jej łzy, przesuwając kciukami po jej skórze. Rozmazał się trochę jej makijaż. Sięgnął po chustkę do spodni i zaczął ją powoli ocierać, doprowadzać do porządku. - Przestań. Nic nie zrobią twojej siostrze. Mogliby wystosować taki szantaż, ale nic by nie zrobili. To ostatnia osoba, która im zostanie. A może byłaby osobą, której by takie życie odpowiadało. Nie każdy potrzebuje szukać swojego szczęścia. Niektórzy lubią, kiedy im się pokaże drogę. - I to była prawda. Przecież wielu czystokrwistych było, mimo wszystko, zadowolonych ze swojego życia. Nawet jeśli nosili nieprzyjemne wspomnienia, ale tych domy były pełne. Niekoniecznie musiało mieć to związek z przenoszeniem ze sobą dziedzictwa. Laurent tak się zmartwił stanem kobiety, że nawet zapomniał chwilowo o bólu głowy. - Victorio. Niczego nie zrobią. - Złapał ją za ramiona, zacisnął palce, żeby wbić jej tę prawdę do głowy. - Będą próbowali, ale jesteś wojowniczką. Poradzisz sobie z nimi, a nie będziesz sama. Wiesz, że może w pojedynku sobie nie radzę, ale na salonach nie jestem taki bezbronny. - Czy w polityce. Czy w relacjach. A nie był jedyną osobą, która gotowa była jej bronić i zapewnić jej świetne miejsce do życia. - Ostatecznie z Rookwoodami też można się dogadać. Jeśli to na pieniądzach im zależy. Kto wie? Może sami by nawet zerwali zaręczyny, gdyby odpowiednio z nimi porozmawiać? - I to wcale nie było takie oczywiste. Trzeba tylko wiedzieć, z czym się mierzysz, jak do tego podejść i w zasadzie kim jest twój wróg oraz kto założył kajdany, które cię krępują.
- Przepraszać mnie możesz tylko za to, że zgadzasz się na własne nieszczęście. - Puścił ją, kiedy się odsunęła, ale wyciągnął za nią chusteczkę, żeby mogła otrzeć samej sobie twarz. Albo wysmarkać nos. - Tak, Victorio. Podejmij decyzje, które cię uszczęśliwią. Tak mi się odwdzięczysz najbardziej. - I mówił to z pełnym przekonaniem, z sercem na dłoni. I z nadzieją, że naprawdę ułoży sobie życie ta Królowa Nocy.