Przekrzywił parę razy głowę na boki, zastanawiając się trochę nad wagą tych słów. Marzenia... Co w nich było takiego, że niektórzy za nimi tak uporczywie gonili? Jakim cudem opętywały umysł, zmuszały ciało do działania? Albo sprawiały, że łzy leciały po twarzy, bo przecież nie były możliwe do realizacji. Pieniędzmi przecież płacz też można było wycierać. Można było w nie również smarkać dopóki były dolarami amerykańskimi, a nie złotymi galeonami wyrwanymi ze świata czarodziei.
- Właściwie... tak. Z całą stanowczością: tak. - Podobało mu się to spojrzenie, jak gładko i jednym zdaniem Laurent zmienił jego postrzeganie tego, co robił, z ucieczki na spełnianie marzeń. Bo tak na to nie spoglądał to tej pory wcale. Chciał uciec na morze, gdzie czuł się najbezpieczniej i w zasadzie to nazwisko Delacour natchnęło go, że może akurat byłaby to Francja? Łączyło się to gładko z potrzebą ucieczki z domu, z Anglii, od wszystkiego i wszystkich. I zarazem - do ludzi, o zgrozo. Ale takich, którzy chcieli również się odprężyć. To, że Kayden się zgodził było dla niego naprawdę bardzo miłym zaskoczeniem. Podobałoby mu się to o wiele bardziej, wręcz pochlebiałoby, gdyby nie czarne chmury wiszące nad jego głową. Na szczęście teraz był w Marsylii - i tutaj świeciło słońce. Przeganiało skutecznie nawet prześladujące go chmurzyska. - Uparcie podtrzymuję, że nie jestem pracoholikiem, chociaż świat próbuje mi wmówić coś innego. - Ruszył w kierunku kładki prowadzącej do zejścia ze statku wolnym krokiem. - Jestem odpowiedzialny za tę ziemię, za pracowników, za płynność finansową, kontakty, kontrahenci, inwestorzy, regulacje prawne... mógłbym wymieniać i wymieniać. Mógłbym powierzyć to w ręce odpowiedzialnego menadżera, ale... hm. - Ale jestem pracoholikiem? Prawie mu to zatańczyło na ustach. - Mam poczucie, że muszę wszystkiego dopilnować sam. Chociaż zacznę rozważać zatrudnienie kogoś. Jak to niektórzy mówią: młodość przelatuje mi przed oczami. - Ano, tak to jakoś było, że Laurent spędzał swoje młode lata z nosem w rachunkach, przychodach i wydatkach. Tylko że dobrze mu się tak żyło. Zapewne do czasu.
Kayden nawet nie miał pojęcia, jak blisko był tego, że było się z czego cieszyć. Bo niewiele brakowało.
Tak, zauważył tę nieprawidłowość i wywołało to u niego lawinę myśli. Ciąg przyczynowo-skutkowy. Nie pierwszy i nie ostatni raz przychodzi mu dowiedzenie się o Kaydenie czegoś, co niby do niego nie pasowało. Z drugiej strony sam fakt, że tutaj przybył świadczył o tym, że ten człowiek miał pewien margines co do decyzji - podejmowanie ich pod wpływem chwili idealnie wpasowywało się w jego próby zapełnienia czymś swojej codzienności. Znalezienia kolorów, których było mu brak. Pozwolenie sobie na to, żeby się trochę zgubić, aby potem szukać drogi powrotnej brzmiało jak podświadome działanie w tym kierunku. Przekonywał się na własnej skórze, czy można odnaleźć przygodę po prostu idąc przed siebie.
- Z tobą przy boku przynajmniej zapytanie o drogę będzie osiągalne. - Uśmiechnął się łagodnie, wyłapując te psotne błyski jego oczu, albo może to był ten uśmiech, ten ton? Tak, właśnie - jak kocur, który cię zaczepia, bo chce, żebyś się z nim pobawił. - Poniekąd. Mógłbym zamieszkać na morzu, albo i pod jego powierzchnią. - W takim razie dał zaczepkę kotu, żeby go zainteresować. Pomerdał mu sznureczkiem, za którym mógł gonić i skakać. - Nie, drogi Kaydenie, nie czekamy na nikogo. Jesteś moim gościem honorowym tego rejsu. - Spojrzał na Kaydena spod lekko przymrużonych oczu, uśmiechnął się subtelnie - jedyne słowo, jakim można było teraz określić jego mimikę i spojrzenie było słowo "filuterny".