Kay nie przepadał za marzeniami. Nie, wróć — nie przepadał za tym słowem. Racja, święta racja... były nierealne. Tylko dlaczego? Dlaczego tak ciężko było złapać ten najbardziej soczysty owoc, który sięgał ku słońcu? Można by tu winić jedynie ludzi i to, że stawiali sobie cel wysoko w chmurach. Tak, marzenia były irracjonalne i zupełnie niesłusznie wysyłane w niebo. Nic dziwnego, że dusiły w ludziach chęć sięgnięcia po nie, skoro już na starcie wydawały się niemożliwe do osiągnięcia. Miast dodawać skrzydeł, przyprawiały łańcuch i ciężką kulę u nogi.
Były piękne, tak. Poetycko piękne, ale i czekały z bolesnym rozczarowaniem, kiedy tylko zdawałeś sobie sprawę, że tak naprawdę nie dostaniesz swojej sennej fantazji. Nie lepiej więc marzenia pozostawić dla rzeczy prawdziwie nierealnych, a resztę ustawić sobie jako cele? Nie tam wysoko, nad mglistymi szczytami gór, tylko kamień po kamieniu. Nuda... bo cuchnęło to rzeczywistością i Kayden doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Gdyby ktoś zapytał się go, czy miał jakieś marzenie, to zapewne w głowie pojawiłaby się jedynie pustka. Cóż nierealnego mógłby chcieć człowiek taki jak on? Wielu absurdalnych rzeczy. Nie lubił marzeń. Za to cele? Pragnienia? Kaprysy? Ambicje? To było bardziej przyziemne i to już mógł w jakiś sposób dosięgnąć. Prawda, niektóre wymagały czasu, inne kombinowania, ale dało się je spełnić, w ten czy inny sposób. Czy więc podróż była marzeniem, czy może pragnieniem? Było to niemożliwe, czy może dało się jakoś zorganizować? No, przecież właśnie to robił... czyż nie? Ciężko więc było Kaydenowi dopasować jedną część układanki do drugiej, ale mimo wszystko rozumiał, że dla niektórych pewne rzeczy mogły się wydawać nierealne. W pewnym sensie ucieszył się więc, że zmienił nieco perspektywę, z którą Laurent patrzył na tę wyprawę. Miał nadzieję, że stała się nieco bardziej przybrzeżna.
-Nie wiem, czy wiesz, ale pracoholicy nie zdają sobie często sprawy z tego, że są pracoholikami. - Poinformował blondyna z lekkim rozbawieniem, podążając za nim z rękami splecionymi za sobą. - Ale rozumiem cię w pełni... Bardzo często mam to samo poczucie, że poleganie na innych może się skończyć tak, że będę musiał później wszystko poprawiać i odkręcać pomyłki. Nie musi, ale jakoś szansa procentowa mnie nie przekonuje do tego, żeby oddać swoją pracę, za którą odpowiadam, w czyjeś ręce... - Wyznał z lekkim przekąsem. Jak to się mówi? Little Miss Independent... Tak, zdecydowanie Prevetta rozumiał. - Ale wydaje mi się, że można to załatwić zatrudnieniem kolejnego pracoholika, albo perfekcjonisty... - Powiedział to lekkim tonem, choć właściwie to mówił całkiem poważnie. Tacy ludzie byli najlepiej zorganizowani, choć o tym zwykle świadczył pieniądz. - No cóż, nie będę ci prawił żadnych morałów... Nie jestem fanem hipokryzji. - Parsknął cicho, bo mimo że odczucie przemijających lat odczuwał, to jednak nie aż tak boleśnie, jak zapewne powinien. Wręcz przeciwnie, wydawało mu się, że lata w Hogwarcie były zdecydowanie gorsze, niż były teraz. Szczególnie te lata, w których szkołę kończył.
Błądził spojrzeniem wokół i choć nie miał jeszcze czego tak naprawdę podziwiać, to wszystko było takie nowe, świeże i urokliwe. - Jesteś pewien? Nie chciałbyś się trochę podręczyć francuzów pięknym, angielskim akcentem? Na pewno byliby wniebowzięci... - Uśmiechnął się figlarnie i na samą myśl o minach miejscowych miał ochotę parsknąć śmiechem. Później zerknął na Laurenta. - Naprawdę? Aż tak uwielbiasz wodę? - Zapytał z łagodnym błyskiem w srebrnych oczach. Pacnął włóczkę łapą, ale nawet nie wiedział jak duży motek, zwisał mu właśnie z półki. - To zapewne polubiłbyś pokoje wspólne Slytherinu... Chyba że... - Przekręcił lekko głowę w niemym pytaniu. Miał nadzieję, że jednak nie był Krukonem, bo to by znaczyło, że młody Kay był o wiele większym ignorantem, niż mu się to wydawało. Już miał okazję się nadziać w niedalekiej przeszłości na kogoś, kogo niby powinien kojarzyć, bo przez rok na pewno mijali się nie raz i nie dwa w pokoju wspólnym, a jednak nie kojarzył ni cholery.
-Gościem honorowym... - Powtórzył za nim dramatycznym szeptem, jakby go mile tym połechtał, podrapał kocura za uszami, aż zamruczał. Tak, podobało mu się to filuterne spojrzenie, ale nie utrzymał kontaktu wzrokowego za długo, jakby się bał, że obudzą w nim uśpione na tę chwilę myśli. Czy były one gorące, czy zimne, sam nie wiedział. Z lekkim uśmiechem odwrócił więc spojrzenie na miasto. - Jakże mi miło... Czyli rozumiem, że to tobie mam zostawić wybór odpowiedniej restauracji? - Zapytał, znów z psotną iskrą w srebrze. - Na co mamy ochotę, na Croque Monsieur? Clafoutis? Crêpes Suzette? - Zamruczał po francusku.
![[Obrazek: qEyGuHF.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=qEyGuHF.gif)