31.08.2023, 21:54 ✶
- Nie sądzę. Ale być może mogę to zrobić potem ja – mruknęła Brenna. – To znaczy… nie przywrócę jej młodości, ale… może poczuje się lepiej.
Mówiła dość nieskładnie, trochę niezrozumiale. Była zdenerwowana bardziej niż chciałaby przyznać, bo ktoś, coś, widma, potwory, krążyły blisko – coraz bliżej – jej domu. Były zagrożeniem dla ludzi w ogólności, ale też jej przyjaciół, sąsiadów, rodziny. Myślała o wielu rzeczach na raz, nie sformułowała więc zbyt jasno tego, co zrobić potem planowała – zaproponować Mildred Found, że choć nie może zwrócić jej sił, lat życia, młodości, może przynajmniej przywrócić jej dawną twarz.
– Kojarzę ją, ale nigdy nie byłyśmy blisko. Mieszka nie w samej Dolinie, a w Kniei… – Nie zdążyła udzielić dalszych wyjaśnień ani odpowiedzieć na pytanie, czy Mildred jest w stanie iść z nimi. Okrzyk Laurenta przyciągnął jej uwagę, i o ile on uznał, że nie powinien być zdziwiony, tak ona była. Obróciła się ku niemu i przez moment na twarzy miała wyraz niedowierzania.
Bo w Kniei były potwory, a Prewett najwyraźniej zmierzał tam tylko ze zwierzakami. I tak, ona też tam zmierzała, ale u boku aurora, poza tym narażanie głowy to była jej praca, prawda?
– Laurent. Cześć – przywitała się jednak grzecznie, darowując sobie okrzyki w rodzaju „co ty tu robisz”, za to w myślach wyrzucając samej siebie od idiotek, bo nagle dotarło do niej, że powodem, dla którego się tu znalazł, mogła być jej niedawna prośba. Gdyby nie powiedziała mu, że coś może dalej tkwić w tym lesie, nie poprosiła, by przyprowadził ją tam, gdzie znalazł ciało, może nie zainteresowałby się tą sprawą tak bardzo. – Cześć, Duma. Dzień dobry, Michael – dodała, witając zwierzaki, jakby wcale nie były zwierzakami, i jakby Duma też mógł ją zrozumieć. – Laurent jest specjalistą od magicznych stworzeń – wyjaśniła Patrickowi. – Laurent… – dodała i zawahała się, walcząc sama ze sobą, bo przecież nie mogła odesłać go do domu jak nieposłusznego dziecka, poza tym o magicznych istotach wiedział dużo więcej od niej. Tyle ze nie była pewna, czy zdawał sobie sprawę z tego, jak te stwory urządziły panią Found…
W tej chwili jednak zbliżyła się ku nim najpierw Victoria, którą Brenna przywitała uśmiechem i krótkim "cześć, Tori". Nie była nawet zaskoczona, że ta się pojawiła: prawdopodobnie sprowadziło ją to samo, co Brennę. Potem podeszła Mildred Found i Brenna skupiła spojrzenie na niej. Na starszej kobiecie, która jeszcze niedawno była osobą w średnim wieku.
– Pani Found – przywitała ją. – Chcieliśmy… chcieliśmy dopilnować, aby bezpiecznie dotarła pani do domu. I… zapytać, co się stało, jeżeli czuje się pani na siłach odpowiedzieć.
– Dziękuję – powiedziała Mildred cicho. Wciąż obejmowała się ramionami, a Brenna nie mogła oprzeć się myśli, że wygląda jak człowiek absolutnie złamany, pozbawiony resztek siły. – Niewiele mogę wam powiedzieć. Przy rzece, blisko mojego domu… napotkałam widma. Nie przyjrzałam się im. Czułam strach i wiedziałam, że jeżeli się zatrzymam… dopadną mnie. Uciekałam, a potem straciłam przytomność, już na skraju farmy. Obudziłam się… taka.
Zamrugała. Przez moment wyglądała, jakby miała się rozpłakać, ale opuściła tylko głowę.
– Chciałabym przynajmniej zabrać moje rzeczy. Jest tam wszystko, co posiadam. Boję się iść sama.
– Oczywiście, będziemy pani towarzyszyć – obiecała Brenna. Chciałaby ją pocieszyć, bardzo by tego chciała, ale nie znajdowała właściwych słów. Odwróciła się, zerkając na Lestrange, Stewarda i Prewetta. Nie musiała już opowiadać historii temu drugiemu, więc… – Pozwolicie, że pójdę przodem i zaopiekujecie się panią Found? – spytała retorycznie, bo wcale nie czekała na zgodę. Odsunęła się tylko nieco od Dumy, gdyby miał zareagować nerwowo, wyciągając różdżkę.
A potem jej ciało zwinęło się i pomiędzy drzewa weszła wilczyca, co jakiś czas przystając i węsząc przy ziemi.
Mówiła dość nieskładnie, trochę niezrozumiale. Była zdenerwowana bardziej niż chciałaby przyznać, bo ktoś, coś, widma, potwory, krążyły blisko – coraz bliżej – jej domu. Były zagrożeniem dla ludzi w ogólności, ale też jej przyjaciół, sąsiadów, rodziny. Myślała o wielu rzeczach na raz, nie sformułowała więc zbyt jasno tego, co zrobić potem planowała – zaproponować Mildred Found, że choć nie może zwrócić jej sił, lat życia, młodości, może przynajmniej przywrócić jej dawną twarz.
– Kojarzę ją, ale nigdy nie byłyśmy blisko. Mieszka nie w samej Dolinie, a w Kniei… – Nie zdążyła udzielić dalszych wyjaśnień ani odpowiedzieć na pytanie, czy Mildred jest w stanie iść z nimi. Okrzyk Laurenta przyciągnął jej uwagę, i o ile on uznał, że nie powinien być zdziwiony, tak ona była. Obróciła się ku niemu i przez moment na twarzy miała wyraz niedowierzania.
Bo w Kniei były potwory, a Prewett najwyraźniej zmierzał tam tylko ze zwierzakami. I tak, ona też tam zmierzała, ale u boku aurora, poza tym narażanie głowy to była jej praca, prawda?
– Laurent. Cześć – przywitała się jednak grzecznie, darowując sobie okrzyki w rodzaju „co ty tu robisz”, za to w myślach wyrzucając samej siebie od idiotek, bo nagle dotarło do niej, że powodem, dla którego się tu znalazł, mogła być jej niedawna prośba. Gdyby nie powiedziała mu, że coś może dalej tkwić w tym lesie, nie poprosiła, by przyprowadził ją tam, gdzie znalazł ciało, może nie zainteresowałby się tą sprawą tak bardzo. – Cześć, Duma. Dzień dobry, Michael – dodała, witając zwierzaki, jakby wcale nie były zwierzakami, i jakby Duma też mógł ją zrozumieć. – Laurent jest specjalistą od magicznych stworzeń – wyjaśniła Patrickowi. – Laurent… – dodała i zawahała się, walcząc sama ze sobą, bo przecież nie mogła odesłać go do domu jak nieposłusznego dziecka, poza tym o magicznych istotach wiedział dużo więcej od niej. Tyle ze nie była pewna, czy zdawał sobie sprawę z tego, jak te stwory urządziły panią Found…
W tej chwili jednak zbliżyła się ku nim najpierw Victoria, którą Brenna przywitała uśmiechem i krótkim "cześć, Tori". Nie była nawet zaskoczona, że ta się pojawiła: prawdopodobnie sprowadziło ją to samo, co Brennę. Potem podeszła Mildred Found i Brenna skupiła spojrzenie na niej. Na starszej kobiecie, która jeszcze niedawno była osobą w średnim wieku.
– Pani Found – przywitała ją. – Chcieliśmy… chcieliśmy dopilnować, aby bezpiecznie dotarła pani do domu. I… zapytać, co się stało, jeżeli czuje się pani na siłach odpowiedzieć.
– Dziękuję – powiedziała Mildred cicho. Wciąż obejmowała się ramionami, a Brenna nie mogła oprzeć się myśli, że wygląda jak człowiek absolutnie złamany, pozbawiony resztek siły. – Niewiele mogę wam powiedzieć. Przy rzece, blisko mojego domu… napotkałam widma. Nie przyjrzałam się im. Czułam strach i wiedziałam, że jeżeli się zatrzymam… dopadną mnie. Uciekałam, a potem straciłam przytomność, już na skraju farmy. Obudziłam się… taka.
Zamrugała. Przez moment wyglądała, jakby miała się rozpłakać, ale opuściła tylko głowę.
– Chciałabym przynajmniej zabrać moje rzeczy. Jest tam wszystko, co posiadam. Boję się iść sama.
– Oczywiście, będziemy pani towarzyszyć – obiecała Brenna. Chciałaby ją pocieszyć, bardzo by tego chciała, ale nie znajdowała właściwych słów. Odwróciła się, zerkając na Lestrange, Stewarda i Prewetta. Nie musiała już opowiadać historii temu drugiemu, więc… – Pozwolicie, że pójdę przodem i zaopiekujecie się panią Found? – spytała retorycznie, bo wcale nie czekała na zgodę. Odsunęła się tylko nieco od Dumy, gdyby miał zareagować nerwowo, wyciągając różdżkę.
A potem jej ciało zwinęło się i pomiędzy drzewa weszła wilczyca, co jakiś czas przystając i węsząc przy ziemi.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.