Oh, a cóż to za pomysł, że Kayden obawia się rzeczy ulotnych? Oh nie, nie... kaprysy serca były jak najbardziej przez niego uwielbiane! Pojawiały się i znikały, a on w miarę możliwości je spełniał, czując lepką słodycz na sercu. Ale to nie były marzenia... Kaprysy pojawiały się znikąd i były na wyciągnięcie ręki. Wystarczyło mieć odwagę, by po nie sięgnąć. Kayden sięgał i to zawsze wtedy, gdy te nudne kamienie, po których się wspinał, przerażały go swoją szarością. Farba tu, farba tam, byleby się na tej farbie nie poślizgnąć. Tylko gdy tak chlastasz tymi farbami na prawo i lewo, a później spojrzysz na paletę, wydaje się jakaś... wyblakła. Bo już to miałeś. Bo kaprysy spełniłeś i serce na chwilę ulotną było rozanielone, a potem? A potem musisz szukać koloru gdzieś indziej, bo tamte kwiaty już zwiędły i barwnika z nich nie wyciągniesz. Westchnienia i wzruszenia były piękne i ulotne jak książka, która czytana kilka razy stawała się mętna i bez polotu, bo wszystkiego się już spodziewasz. Wszystko odkryłeś. Wszystkie słowa znasz na pamięć i w pamięci rzecz ulotna pozostała.
Czymże więc była ta relacja, jak nie ulotnym kaprysem, który Kayden dopiero co badał? Taki żywy i piękny, jak ten motyl, o którym mówisz. Inny, jedyny w swoim rodzaju, bo całkiem nowy. Pragnienie, ale nie marzenie, bo zbyt płytkie, by marzeniem mogło się stać... choć już nieba bliskie. W końcu niemożliwe do zgłębienia, a przynajmniej w ich wypadku. Kayden motyli nie łapał, bo desperackie pragnienie posiadania nie leżało w jego naturze. Po co mu był motyl w szklanym słoju, skoro zmizernieje bez wiatru, muskającego jego delikatne skrzydła? Niech lata i koloruje kwieciste łąki, póki jeszcze miał tu do zebrania pyłki.
Kayden uniósł ręce w poddańczym geście, bo spieranie się o to, kto tu jest pracoholikiem, a kto nie, nie miało najmniejszego sensu. - Nie będę się kłócił... ale podejrzewam, że cichy głosik w głowie mówi ci, jak jest naprawdę. - Powiedział z uśmiechem. Jego cichy głosik w głowie zwykle miał tą samą śpiewkę "zostaw to i idź spać". Może nie pracoholizm, ale zasada ta sama. - Przykro mi, nie mam nikogo do polecenia... Sam nie ufam większości ludzi, jeśli chodzi o dokumenty. Raz kogoś poprosiłem, to mi całe biuro do góry nogami przewrócił... - Mruknął. - Potem musiałem szukać plików na Marsie. - Oczywiście nie mówił poważnie i zgubę dość szybko znalazł, ale nie zmieniło to faktu, że chodził później sfrustrowany. No, i jak tu komukolwiek ufać? Zerknął na Laurenta. - Ale mogę popytać, jeśli faktycznie kogoś potrzebujesz. - Co prawda większość jego znajomych ma zatrudnienie, ale może jakaś dalsza rodzina się znajdzie, a może ojciec miałby kogoś, kto ostatnio rzucił papierami... Coś by się zapewne znalazło.
Ah, te ich dyskusje, dysputy i debaty. Takie pełne przemyśleń i głębi, a tak naprawdę to tylko filozofowanie i gdybanie, bo znalazłby się gdzieś myśliciel, który siłą mocniejszych argumentów mógłby z łatwością wszystko podważyć. Ale tak, przyjemne to było, tak sobie porozmawiać nie o pogodzie. Zwłaszcza że z większością rzeczy Kayden się z Laurentym zgadzał. Chociaż nie zawsze jednogłośnie... - No cóż, jeśli tak to przedstawiasz, to owszem, masz rację. Tylko obawiam się, że hipokryzja ma swoją przypisaną definicję, która właśnie zakłada fałszywość i niespójność ogłaszanych zasad moralnych... - Tutaj by poprawił okulary na nosie, gdyby je miał. - To o czym mówisz, to bardziej... uczciwość? Nie jestem pewien, jaki jest antonim... W każdym razie jest oczywista różnica pomiędzy jednym, a drugim i w zasadzie, tak, jeśli jesteś w stanie rozpoznać hipokryzję, to faktycznie możesz wyciągnąć wnioski. Ale to ty musisz się mieć na baczności. Nie powiedziałbym więc, że to coś pożytecznego... To raczej dość naginane spostrzeżenie, choć niekoniecznie błędne.
Zawsze się zastanawiał, dlaczego Francuzi tak wielbili swój język i byli wprost oburzeni, gdy ktoś oznajmiał im, że po francusku nie szprecha ni cholery. Obraza majestatu! Znaczy, tak, byli dumni i egoistyczni, ale Kay nie widział w tym powodu, by być takim... zamkniętym i ograniczonym.
Wszystkie myśli mu wyparowały z głowy, kiedy usłyszał słowo "Selkie". Jego oczy momentalnie przeskoczyły na blondyna, a brwi poszybowały w górę. W głowie jedna informacja przeskakiwała przez kolejną, szukając wszystkiego, co wiedział na temat tych istot, a nie wiedział zbyt wiele, bo jak już wcześniej wspominał, nie interesował się tą częścią magicznego świata. Wiedział jednak tyle, że zmieniały wygląd, faktycznie kochały wodę i... no, były bardzo atrakcyjne. Zaciekawienie mieszało się z pewnego rodzaju ostrożnością, z uwagi na to, jak Laurent sformułował swoją wypowiedź. To, że pochlebiała mu jego niewiedza, nie zabrzmiało wcale przyjemnie. Na twarzy Kaydena nie widać było jednak niechęci, nawet jeśli jego ojciec zapewne skrzywiłby się w tym momencie z obrzydzeniem. Sama świadomość tego lekko go zirytowała, bo to byłby mały przejaw wspomnianej wcześniej hipokryzji. - Ah, rozumiem... To dlatego lubisz wodę... - Zaczął spokojnym tonem, po czym uśmiechnął się psotnie. - Czyli co, zmieniasz się w syrenkę? - Prychnął zaczepnie, choć oczy miał łagodne. Po chwili milczenia jednak psota zelżała. - Moja matka ma w sobie krew wili - Oznajmił, co nie było jakoś szczególnie zaskakujące. Większość osób po jej poznaniu miała przeczucie, że jest za piękna na zwyczajną kobietę. Nie miało to jednak wpływu na niego, bo jedynie kobiety mogły odziedziczyć ten urok. Nie, żeby jakoś go to ruszało. - Hm, no nie wiem, czy nie pasuje... - Powiedział, bo, mimo że wygląd miał puchoński, to jednak ta ślizgońska aura od czasu do czasu dawała o sobie znać, a przynajmniej jak do tej pory. - Choć szczerze mówiąc, myślałem, że jesteś z Ravenclaw. Co by było niesamowicie dla mnie krępujące, bo nie kojarzę cię za czasów szkolnych. - Przyznał się bez bicia, choć jakaś część jego zastanawiała się właśnie, dlaczego z jego ust swobodnie spływa prawda, jak czysty, leśny strumień. Chyba za bardzo wchłaniał aurę otoczenia.
Nie uraził się wcale na dźwięk stłumionego chichotu, a wręcz uśmiechnął jeszcze szerzej. - Czy ty przypadkiem, aby się nie nabijasz z mojego języka? - Zapytał z udawaną przestrogą w głosie. - Proponowałem ślimaki w cieście. - Skłamał z błyskiem w srebrnych oczach. Oh, jakże go kusiło, żeby go teraz zaprowadzić pod najbardziej kontrowersyjną restaurację w mieście, o ile by taką znalazł. Taką z absurdalnymi daniami, w których lubowali się Francuzi. Pokusa była dość silna.
![[Obrazek: qEyGuHF.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=qEyGuHF.gif)