31.08.2023, 22:28 ✶
- Mam uwierzyć, że ty nie myślałaś trzeźwo? – spytała Brenna z rozbawieniem. To nie tak, że ona sama zawsze była narwana – bo wbrew pozorom umiała zastanowić się nad swoimi poczynaniami i ustalić plan. Czasem. Ale z nich dwóch tą dużo trzeźwiej myślącą zawsze była Victoria i Brenna nie wątpiła, że ta umiała ogarnąć sytuację nawet przebudzona o trzeciej nad ranem. (A Brenna nie była aż tak okrutna, stawiła się u niej tuż przed świtem.)
- Gdybym potrzebowała pretekstu, to by mnie tu nie było – roześmiała się już szczerze na kolejny komentarz. Bo dla niej pretekstem często było po prostu „bo chcę” albo „bo ktoś chce”. Teraz, gdy bliżej było jej trzydziestki niż dwudziestki, a na świecie trwała wojna, może nieco rzadziej niż kiedyś, ale wciąż tkwiła w niej ta dziewczyna, która wspinała się na najwyższe drzewo Kniei, bo chciała sprawdzić, czy da radę albo wsiadała do pociągu tylko dlatego, że ktoś miał ochotę gdzieś pojechać.
Była tutaj, bo chciała.
Zakazany Las w tej okolicy wcale nie zdawał się Zakazany, a na pewno nie o tej porze. W dodatku – po prawdzie – w tej chwili było tu bezpieczniej niż na skraju puszczy, w pobliżu której obie mieszkały. Wilgoć zdawała się oblepiać ubrania, buty strącały krople rosy z liści, w powietrzu pachniało igłami oraz polnymi kwiatami. Brenna wędrowała początkowo ścieżką, którą wydeptali mieszkańcy Hogsmeade, ale potem skręciła w las. Miała nadzieję, że dobrze zapamiętała ścieżkę i nie prowadzi ich właśnie ku gniazda wielkich pająków. Na całe szczęście – Brenna się kiedyś po tym lesie włóczyła, a Victoria nieco więcej wiedziała o świecie fauny i flory, istniała więc szansa, że wyjdą stąd całe i zdrowe.
Po pewnym czasie teren stał się nieco trudniejszy. Przyszło im przejść nad obalonym pniem, zmurszałym już ze starości, pochylić się, aby przedostać między gęsto rosnącymi drzewami. Wreszcie musiały ostrożnie zejść po zboczu – Brenna tu obejrzała się na Victorię, by w razie czego podać jej rękę i pomóc – a potem Longbottom za pomocą magii usunęła z ich drogi nieco na bok ostre, cierniowe pędy. Siedliska jednorożców rzadko były w końcu w bezpiecznej, łatwej do znalezienia okolicy – zbyt wielkie niebezpieczeństwo groziło tym zwierzętom.
– Daj mi moment – poprosiła, kiedy znalazły się w pobliżu jeziora, dość płytkiego, ale rozlewającego się na dużą odległość pośród drzew. Sina mgła spływała znad niego na całą okolicę, a serce Brenny zabiło mocniej, bo rozpoznała to miejsce: była pewna, że to tutaj, lata temu, mignął jej jednorożec. Czy mieszkały tu dalej? Mogły przenieść się gdzieś… albo ucierpieć.
Brenna przykucnęła, przemieniając się w wilka. Przemknęła wzdłuż jeziora na czterech łapach, węsząc tuż przy ziemi… bo złapała trop… tropy… A Victorii tymczasem na krzewie mignęło coś, czego Brenna nie zauważyła, bo i się na tym nie znała – wprawdzie tylko pojedynczy, ale złocisty i długi włos jednorożca.
- Gdybym potrzebowała pretekstu, to by mnie tu nie było – roześmiała się już szczerze na kolejny komentarz. Bo dla niej pretekstem często było po prostu „bo chcę” albo „bo ktoś chce”. Teraz, gdy bliżej było jej trzydziestki niż dwudziestki, a na świecie trwała wojna, może nieco rzadziej niż kiedyś, ale wciąż tkwiła w niej ta dziewczyna, która wspinała się na najwyższe drzewo Kniei, bo chciała sprawdzić, czy da radę albo wsiadała do pociągu tylko dlatego, że ktoś miał ochotę gdzieś pojechać.
Była tutaj, bo chciała.
Zakazany Las w tej okolicy wcale nie zdawał się Zakazany, a na pewno nie o tej porze. W dodatku – po prawdzie – w tej chwili było tu bezpieczniej niż na skraju puszczy, w pobliżu której obie mieszkały. Wilgoć zdawała się oblepiać ubrania, buty strącały krople rosy z liści, w powietrzu pachniało igłami oraz polnymi kwiatami. Brenna wędrowała początkowo ścieżką, którą wydeptali mieszkańcy Hogsmeade, ale potem skręciła w las. Miała nadzieję, że dobrze zapamiętała ścieżkę i nie prowadzi ich właśnie ku gniazda wielkich pająków. Na całe szczęście – Brenna się kiedyś po tym lesie włóczyła, a Victoria nieco więcej wiedziała o świecie fauny i flory, istniała więc szansa, że wyjdą stąd całe i zdrowe.
Po pewnym czasie teren stał się nieco trudniejszy. Przyszło im przejść nad obalonym pniem, zmurszałym już ze starości, pochylić się, aby przedostać między gęsto rosnącymi drzewami. Wreszcie musiały ostrożnie zejść po zboczu – Brenna tu obejrzała się na Victorię, by w razie czego podać jej rękę i pomóc – a potem Longbottom za pomocą magii usunęła z ich drogi nieco na bok ostre, cierniowe pędy. Siedliska jednorożców rzadko były w końcu w bezpiecznej, łatwej do znalezienia okolicy – zbyt wielkie niebezpieczeństwo groziło tym zwierzętom.
– Daj mi moment – poprosiła, kiedy znalazły się w pobliżu jeziora, dość płytkiego, ale rozlewającego się na dużą odległość pośród drzew. Sina mgła spływała znad niego na całą okolicę, a serce Brenny zabiło mocniej, bo rozpoznała to miejsce: była pewna, że to tutaj, lata temu, mignął jej jednorożec. Czy mieszkały tu dalej? Mogły przenieść się gdzieś… albo ucierpieć.
Brenna przykucnęła, przemieniając się w wilka. Przemknęła wzdłuż jeziora na czterech łapach, węsząc tuż przy ziemi… bo złapała trop… tropy… A Victorii tymczasem na krzewie mignęło coś, czego Brenna nie zauważyła, bo i się na tym nie znała – wprawdzie tylko pojedynczy, ale złocisty i długi włos jednorożca.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.