31.08.2023, 23:00 ✶
Brenna zsunęła się z parapetu i przysiadła na podłodze, naprzeciwko Dory. Po trochu po to, by lepiej ją słyszeć i całkiem skupić się na słowach, po trochu po prostu w odruchu – bo Brenna rzadko trzymała dystans wobec ludzi i rozmówców, zwłaszcza jeżeli byli jej bliscy, był więc to swego rodzaju odruch. Przypatrywała się Crawleyównie w zamyśleniu, przetwarzając jej słowa.
Dementor. Oczywiście, że wiedziała, czym są dementorzy – musiała, bo przecież sama wysyłała czasem ludzi do Azkabanu, a wymagano od niej Suma z OPCM. Przypatrywała się teraz zdjęciu i zastanawiała, bo… z jednej strony to nie pasowało…
…z drugiej…
– To… myślę, że nie, nikt go nie pocałował. Zabił go śmierciożerca – powiedziała powoli, starannie ważąc słowa. Nie chodziło o to, że nie chciała czymś z Dorą się podzielić, ale że próbowała uporządkować myśli i te wszystkie szaleńcze teorie, jakie rodziły się jej w głowie po odbytych rozmowach, napisanych listach. – Ale… cholera, Dora, możesz po części mieć rację. Czekaj… mogłabym tę książkę? Pamiętam taką opowieść…
Sięgnęła po jedną z grubych ksiąg i wertowała ją długą chwilę. Brenna za słabo orientowała się w temacie, żeby była pewna szczegółów zasłyszanej historii, potrzebowała więc podparcia w księdze. W końcu znalazła odpowiedni ustęp i pokazała go Crawleyównie. Na rysunku znajdowało się coś, co… przypominało pelerynę.
– Śmierciotule. Przypominają płaszcz. Opadały na śpiącego i pożerały go żywcem. To istota inna niż dementor, a zarazem podobna – stwierdziła, wskazując odpowiedni ustęp w księdze, to, czego nie była pewna, czy dobrze zapamiętała. Nigdy by tego nie skojarzyła sama, gdyby nie słowa Dory. Może i jej zainteresowania były czysto teoretyczne, ale sięgały znacznie dalej niż Brenny, i tok myślenia Crawleyówny zdawał się najmniej wart rozważenia… – Wszyscy, z którymi rozmawiałam, mówią, że to coś zupełnie nowego. Może i ty masz rację, i oni? Skoro są dwie istoty z tej samej kategorii… Może teraz pojawiły się jakieś nowe? Albo stare? Obudziła je magia, wyzwolona przez Voldemorta? Stworzył je w jakiś sposób, eksperymentując na dementorach? Albo… wyszły z Limbo? Sądzisz, że coś takiego jest możliwe?
Uniosła głowę znad księgi, spoglądając na Dorę. Zbladła trochę, mimo tego, że ostatnio podkradała matce magiczny puder – nie dla urody, bo malowała się zwykle tylko na przyjęcia, a ot, żeby Nora i Mavelle nie czepiały się, że za mało sypia.
Bo jeżeli trop Dory był słuszny, to… w Kniei mieszkały potwory.
– Będę musiała spróbować to zobaczyć – mruknęła trochę do siebie, trochę do niej. Chociaż Dora mogła się domyśleć, o czym Brenna mówiła – pośród członków Zakonu, którzy byli jej bliscy, widmowidzenie Brenny nie było żadną tajemnicą i w razie potrzeby dla każdego z nich je wykorzystywała.
Dementor. Oczywiście, że wiedziała, czym są dementorzy – musiała, bo przecież sama wysyłała czasem ludzi do Azkabanu, a wymagano od niej Suma z OPCM. Przypatrywała się teraz zdjęciu i zastanawiała, bo… z jednej strony to nie pasowało…
…z drugiej…
– To… myślę, że nie, nikt go nie pocałował. Zabił go śmierciożerca – powiedziała powoli, starannie ważąc słowa. Nie chodziło o to, że nie chciała czymś z Dorą się podzielić, ale że próbowała uporządkować myśli i te wszystkie szaleńcze teorie, jakie rodziły się jej w głowie po odbytych rozmowach, napisanych listach. – Ale… cholera, Dora, możesz po części mieć rację. Czekaj… mogłabym tę książkę? Pamiętam taką opowieść…
Sięgnęła po jedną z grubych ksiąg i wertowała ją długą chwilę. Brenna za słabo orientowała się w temacie, żeby była pewna szczegółów zasłyszanej historii, potrzebowała więc podparcia w księdze. W końcu znalazła odpowiedni ustęp i pokazała go Crawleyównie. Na rysunku znajdowało się coś, co… przypominało pelerynę.
– Śmierciotule. Przypominają płaszcz. Opadały na śpiącego i pożerały go żywcem. To istota inna niż dementor, a zarazem podobna – stwierdziła, wskazując odpowiedni ustęp w księdze, to, czego nie była pewna, czy dobrze zapamiętała. Nigdy by tego nie skojarzyła sama, gdyby nie słowa Dory. Może i jej zainteresowania były czysto teoretyczne, ale sięgały znacznie dalej niż Brenny, i tok myślenia Crawleyówny zdawał się najmniej wart rozważenia… – Wszyscy, z którymi rozmawiałam, mówią, że to coś zupełnie nowego. Może i ty masz rację, i oni? Skoro są dwie istoty z tej samej kategorii… Może teraz pojawiły się jakieś nowe? Albo stare? Obudziła je magia, wyzwolona przez Voldemorta? Stworzył je w jakiś sposób, eksperymentując na dementorach? Albo… wyszły z Limbo? Sądzisz, że coś takiego jest możliwe?
Uniosła głowę znad księgi, spoglądając na Dorę. Zbladła trochę, mimo tego, że ostatnio podkradała matce magiczny puder – nie dla urody, bo malowała się zwykle tylko na przyjęcia, a ot, żeby Nora i Mavelle nie czepiały się, że za mało sypia.
Bo jeżeli trop Dory był słuszny, to… w Kniei mieszkały potwory.
– Będę musiała spróbować to zobaczyć – mruknęła trochę do siebie, trochę do niej. Chociaż Dora mogła się domyśleć, o czym Brenna mówiła – pośród członków Zakonu, którzy byli jej bliscy, widmowidzenie Brenny nie było żadną tajemnicą i w razie potrzeby dla każdego z nich je wykorzystywała.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.