Ach... spotkanie twarzą w twarz z Czarnym Panem. Samo wspomnienie o tym sprawiło, że Laurenta przeszedł zimny dreszcz, choć może miał on coś wspólnego z tym, jak sam źle się czuł i jeszcze od przytulania Victorii, która najprzyjemniejsza do przytulania nie była. Była wręcz bardzo nieprzyjemna do tego. Laurent rozumiał postulaty, które zostały wydane, choć nie pojmował, jak można było być tak złym człowiekiem. Rozumiał, że niektórzy ludzie mieli filozofię, które sprowadzały ich na złą drogę i że świat nie mógł być tylko biały, bo to czerń pozwalała bieli zaistnieć. Niestety rozumiał także to, że niektórzy wykorzystywali jakąś ideę, żeby spełniać swoje chore ambicje. Co było ambicją Voldemorta? Tego już nie wiedział, ale może powinien wiedzieć. Powinien się bardziej interesować, nie zamykać swoich pięknych oczu tylko oglądać ten świat wyraźniej, dokładniej i chłonąć go mocniej. Zyskać świadomość, bo wiedza była najwyższą wartością, jaką można było uzyskać w tak nieprzychylnych dla człowieka czasach. Czysta, brudna krew - nagle to wszystko nie miało znaczenia. Nadal pamiętał ich rozmowę, kiedy, można powiedzieć, spotkali się po raz pierwszy. Na pewno po raz pierwszy po Hogwarcie. Padły wtedy słowa, czy czysta krew nie powinna się czuć bezpiecznie. Sam nie uważał, że to jest takie zero jedynkowe wtedy, dziś było to wiadome. Zapewne było to tłumaczone prostym "osiągnięcie celu wymaga ofiar". Ewentualnie tym, że ktoś był zwolennikiem szlam czy im pomagał, czy też... cokolwiek takiego. Kiedy wchodził ci ktoś w drogę zawsze znajdziesz usprawiedliwienie ponurego aktu.
- Bardzo dobrze, że udzieliłaś tego wywiadu. Ciężej jest dotknąć osobę medialną. Powinnaś się zastanowić jeszcze bardziej otwarciem świateł reflektorów. - Utrata reputacji czy też jakaś potwarz wysunięta przez prasę nigdy nie była miła, ale wiedział, że to też rzecz, która najmniej martwiła Victorię. Coś, co potrafiła przełknąć, albo przyjąć z dumą. Natomiast to by sprawiło, że ludzie mogliby chcieć śledzić jej poczynania, a przynajmniej dziennikarze. Ci zaś czasami potrafili nawet spędzać sen z powiek sędziów i aurorów (heh), co zaś dopiero jednej rodzinie. Wszystko da się uciszyć, wszystkim w tym świecie dało się zamotać, zakręcić. Ale na to potrzebny był czas, a ten czas wtedy Victoria mogła wykorzystać na wiele sposobów - na swoją korzyść.
- Bezsensownego? Victorio... być może to jest temat, który przesądzi o twoim całym życiu. Twoje obawy i pragnienia, smutki i troski, lęki i odwaga - wszystko to ma znaczenie. - To było ważne, bardzo ważne, a te niektóre słowa, które wypływały z jej ust były potwierdzeniem, jak bardzo pomocy potrzebowała - nawet takiej mentalnej. Słownej. Że potrzebowała wsparcia w tych trudnych chwilach. A on jej zawsze z chęcią wysłucha i zawsze gotów był jej z chęcią pomóc. Przy niej naprawdę sam doceniał własne zalety i nie przeszkadzały mu tak swoje wady. Bo go akceptowała. Bo kochała go takim, jakim jest. I czuł się przy niej dobrze, swobodnie i bezpiecznie. Chciał jej dać to samo a nawet więcej. Chciał zbudować jej skrzydła, które nie zachwycą bogów opowieścią - o tym, jak słońce skrzydła topiło i jak bohater spadał w dół. Nie. Ona miała naprawdę polecieć. Przecież znał się na lataniu. - Podaruję ci go zawsze, kiedy będziesz tego potrzebowała, Victorio. - Wyszeptał, uśmiechając się delikatnie. To mógł jej dać - chociaż malutkie tchnienie. Kiedykolwiek by tego nie potrzebowała. Choć trudno pojąć, że w tym wariactwie i ciężarze tematów mogła tego spokoju zaznać. Lecz... przecież czasami to właśnie była ta magia. Człowiek musiał z siebie emocje wyrzucić, żeby móc się wygadać i w efekcie - poczuć spokój.
I nawet chciał jej odpowiedzieć na jej słowa, zapewnić, że oczywiście! Chciał. Tylko że Victoria nagle zasłabła.
- Victorio! - Laurent bardzo rzadko skracał imiona. Czasami mu się zdarzało. Rzadko. Podbiegł do kobiety i złapał ją, żeby ją jakoś podtrzymać, żeby w razie czego z nią opaść na ziemię, gdyby straciła przytomność w kontrolowany sposób, a nie żeby poleciała. Bo jakoś nie sądził, że potrafiłby ją bezpiecznie przenieść na sofę. - Słyszysz mnie? Victorio? Wszystko w porządku? - Mówił do niej, bo nie wiedział, co się stało. Wyglądało to dość niebezpiecznie - po prostu.