01.09.2023, 02:33 ✶
Ulysses lubił Herbaciarnię Madame Poodifoot. Głównie dlatego, że kojarzyła mu się z cichym, dość schludnym miejscem, w którym mógł w spokoju wypić herbatę, zjeść kawałek całkiem znośnego sernika lub szarlotki z lodami i przeczytać w spokoju dwa rozdziały kolejnej książki o historii magii, starożytnych runach, astronomii lub numerologii. Lubił to miejsce też dlatego, że mógł się tutaj zaszyć w spokoju w kącie i udawać, że na kogoś czeka, choć zazwyczaj na nikogo nie czekał, bo i za bardzo nie miał na kogo. Mógł na palcach jednej ręki policzyć listę osób, które zechciałyby spędzić w jego towarzystwie popołudnie i tu nie był wcale pewien, że wymieniłby właściwe osoby. Lubił to miejsce wreszcie dlatego, że nierozerwalnie kojarzyło mu się z jedną z takich osób. Czasami spotykał się tutaj z Cathalem i chociaż pewnie wyglądali głupio, siedząc przy stoliku i sącząc herbatkę to w jakiś niemożliwy sposób było to w ich przypadku niesamowicie właściwe spędzenie wspólnego czasu.
Tego popołudnia siedział na swoim ulubionym miejscu, to jest przy stoliku dwuosobowym w samym kącie, idealnie za sporej wielkości fikusem. Wyglądał jak zwykle: schludnie, metodycznie, jakby był mugolskim adokatem, który zamiast zapoznawać się z informacjami dotyczącymi jego kolejnego klienta, wymknął się z kancelarii by w spokoju wypić herbatę i przeczytać rozdział pasjonującej książki. Dopiero przy bliższym przyjrzeniu się można było pojąć, że w przypadku młodego Rookwooda oznaczało to, o dziwo, powieść i to mugolską. Z niejakim zainteresowaniem dla samego siebie, ten zaczytywał się właśnie w „Kwiatach dla Algernona” Daniela Keyesa. Był mniej więcej w jednej trzeciej, gdy usłyszał odgłos dzwonka informujący go, że ktoś wszedł do środka.
Obok niego na stoliku stał imbryk z herbatą, filiżanka oraz nietknięty kawałek sernika. Na widok wchodzącej do herbaciarni siostry, odłożył książkę na stolik i podniósł się z fotela, by zauważyła gdzie się znajdował. Całkiem egoistycznie też pomyślał, że pewnie był to jeden z niewielu momentów, gdy naprawdę na kogoś czekał i naprawdę doczekał się czyjejś obecności.
- Vespero – przywitał. – Chciałabyś coś zamówić? Mają tu bardzo dobrą herbatę. Sto rodzajów. Jest też wersja z herbatą przyprawioną magią, ale nie jej nie mogę polecić. Nigdy nie wiesz, co ci się trafi – wyjaśnił, śmiertelnie poważnym tonem, chociaż chyba próbował zażartować.
Tego popołudnia siedział na swoim ulubionym miejscu, to jest przy stoliku dwuosobowym w samym kącie, idealnie za sporej wielkości fikusem. Wyglądał jak zwykle: schludnie, metodycznie, jakby był mugolskim adokatem, który zamiast zapoznawać się z informacjami dotyczącymi jego kolejnego klienta, wymknął się z kancelarii by w spokoju wypić herbatę i przeczytać rozdział pasjonującej książki. Dopiero przy bliższym przyjrzeniu się można było pojąć, że w przypadku młodego Rookwooda oznaczało to, o dziwo, powieść i to mugolską. Z niejakim zainteresowaniem dla samego siebie, ten zaczytywał się właśnie w „Kwiatach dla Algernona” Daniela Keyesa. Był mniej więcej w jednej trzeciej, gdy usłyszał odgłos dzwonka informujący go, że ktoś wszedł do środka.
Obok niego na stoliku stał imbryk z herbatą, filiżanka oraz nietknięty kawałek sernika. Na widok wchodzącej do herbaciarni siostry, odłożył książkę na stolik i podniósł się z fotela, by zauważyła gdzie się znajdował. Całkiem egoistycznie też pomyślał, że pewnie był to jeden z niewielu momentów, gdy naprawdę na kogoś czekał i naprawdę doczekał się czyjejś obecności.
- Vespero – przywitał. – Chciałabyś coś zamówić? Mają tu bardzo dobrą herbatę. Sto rodzajów. Jest też wersja z herbatą przyprawioną magią, ale nie jej nie mogę polecić. Nigdy nie wiesz, co ci się trafi – wyjaśnił, śmiertelnie poważnym tonem, chociaż chyba próbował zażartować.