Zimno. Specyficzne, doskonale znane już Laurentowi zimno. Więc to była kolejna z ofiar ogniska? Fatalnego wpływu tego, który zwał siebie butnie Czarnym Panem? Laurent przeskoczył spojrzeniem na Brennę, zastanawiając się, czy ta dwójka się zna bliżej, czy może tylko i wyłącznie z pracy, ale na razie o to nie zagajał. Nie pytał. Nieprzyjemny dreszcz przeszył jego ciało, nawet od tak krótkiego kontaktu, ale na twarzy zachował uśmiech. Jakby nic się nie stało i niczego nie zauważył. Tak samo jak nie powinno go dziwić pojawienie się tutaj Brenny, tak w zasadzie nie powinno go dziwić pojawienie się Victorii. Nie tylko aurora, ale i mieszkańca tego miejsca. Ciekawe, czy aurorzy i brygadziści otrzymali oficjalne wezwanie w to miejsce? Brońcie bogowie nie zamierzał być tutaj zawadą, przeszkodą i plątać się im pod nogami! Mieli tutaj swoje sprawy do załatwienia, a on miał swoje. Chociaż w zasadzie się ze sobą pokrywały. I tak, oczywiście autorytetem brygadzisty Brenna mogłaby Laurenta stąd wygonić, ale umówmy się - wróciłby tak czy siak. Tylko zrobiłby to sam, po cichu, unikając następnym razem spotkań. Co raczej nie wpływało na pozytywną odmianę sytuacji.
- Dzień dobry, Victorio. Ja w żadnym wypadku. Przyszedłem zbadać stworzenia, które zamieszkały knieję. - Chociaż w zasadzie Ministerstwo powinno chyba kogoś wysłać, kto pracował w dziale Magicznych Stworzeń. Laurent dawno miał ich za bandę nieudaczników i leniwych istot. Nie to, że wszystkich, w każdym bagnie znajdą się perełki. Tym nie mniej miał sporo zażaleń co do funkcjonowania Ministerstwa. Niestety był trochę zbyt zajęty swoimi sprawami, żeby próbować cokolwiek w tym kierunku działać. Albo stety. W końcu był za dużym idealistą. Michael już chciał się przedstawiać, ale w zasadzie Brenna zrobiła to za niego, dlatego rumak tylko przestąpił z nogi na nogę, żeby się naprostować jeszcze bardziej. - Tak, Brenno? - Uśmiechnął się do niej uroczo, kiedy wymówiła jego imię. W jej oczach prawie to było widać, prawie to miała na końcu języka. To czyli - co? Jakaś taka słabość, żeby go... zawrócić? Namówić do tego, żeby uważał? Coś jeszcze innego? Tak czy siak Laurent udawał, że niczego się nie domyślał i w całej swojej niepozorności stał jak ten aniołek u progu Piekieł, którymi stała się Knieja Godryka.
Biedna kobieta. Albo szczęśliwa, że skończyła tylko taka, a nie... martwa. Niestety Laurent miał okazję zobaczyć ofiarę tych stworzeń. Pani Mildred wyglądała przy tym nad wyraz dobrze. Przede wszystkim - w ogóle wyglądała. I chociaż serce się krajało, to Laurent rzeczywiście nie przyszedł tutaj zajmować się kobietą. Spojrzał na przemianę Brenny, która za każdym razem wyglądała tak samo fascynująco. Majestatycznie było tutaj poszukiwanym słowem-kluczem.
- Jeśli chce pani zabrać rzeczy, proszę z nami. Będzie pani bezpieczna, ma pani przy sobie dwójkę brygadzistów oraz aurora. - Wskazał najpierw na Patricka, potem na Brennę, która ruszyła już na wilczych łapach, a potem na Victorię. - Zapewniam, że nic pani nie grozi. - Choć może to nie była kwestia, którą on powinien wygłaszać. Ale ponoć Laurent miał w sobie coś takiego ciepłego, że ludzie jakoś... byli skłonni mu zaufać. Tak i teraz, mimo wszystko, podszedł do kobiety, ułożył dłonie na jej ramionach, uspakajająco, spoglądając na nią spokojnymi oczyma. Sama kobieta powiodła po towarzystwie oczami wielkimi jak spodki.
- Dziękuję... naprawdę dziękuję...
- Podziękuje pani, kiedy bezpiecznie dotrze pani do krewnych. Czy potrafi się pani aportować? Jeśli nie, Michael mógłby panią odwieźć. - Michael parsknął z niezadowoleniem, ale nie pyskował i nie protestował. Obrócił za to łeb, urażony i obrażony, że robiono z niego taksówkę. Laurent spojrzał zaś na Patrika i Victorię, trochę pytająco, czy mają do niej jakieś pytania, czy może - czy wymagała przejścia standardowej procedury. Nie bardzo wiedział, czy są tutaj formalnie czy też nie. Nie chciał ingerować. W każdym razie sam zaczął iść w kierunku lasu. - Noga. - Rzucił jeszcze krótkie hasło do Dumy, który się podniósł i grzecznie zaczął iść obok swojego pana.