01.09.2023, 10:25 ✶
- Za to idealnym na klienta – powiedziała Brenna, spoglądając na Norę (czyli nieco w dół) z rozbawioną miną. Nic nie mogła na to poradzić: nie miała wysublimowanego podniebienia. Kochała krewetki oraz homary równie mocno, co pizzę z mugolskich knajp. Uwielbiała gulasz mięsny i sałatki. Ciasteczka z orzechami pochłaniała równie chętnie, co te z kremem czy galaretką. – Ale pamiętaj, że nie jestem aż tak nieczuła, żeby nie widzieć różnicy między twoimi wypiekami, a innymi. Od wieków na pączki z kafeterii patrzę z miną pod tytułem „jak śmiecie nazywać się pączkami”, bo rozpuściły mnie te twoje – oświadczyła pogodnie.
Zamyśliła się na chwilę po kolejnych słowach Nory. Ona sama też nie nosiła już żałoby, a przynajmniej nie cały czas. Być może powinna: ale w jakimś sensie nie czuła, że ma do tej prawo, poza tym chociaż nie chciała, by ludzie zapomnieli o Derwinie, wolała, by nie myśleli o nim w tym kontekście, że to Brenna kogoś straciła i zasługuje na współczucie.
Ale na ulicach nie brakowało czerni i nieraz mijając kogoś w takiej szacie, Brenna zastanawiała się, czy ten stracił kogoś podczas Beltane. W dniu święta radości, miłości i ognisk.
Westchnęła, kiedy jej myśli mimowolnie podryfowały w jeszcze innym kierunku. Straty i wejście na nowy etap wojny były najistotniejsze, ale dodatkową konsekwencją był fakt, że tegoroczne Beltane… popsuło jej głowę. I to tak poważnie.
– Mabel jest zawsze mile widziana. Ale… może i lepiej, by nie bywała za dużo w Dolinie Godryka. Jest ciekawska, a dziś właśnie ogłoszono zakaz wstępu do Kniei – powiedziała. Wprawdzie z domu Longbottomów nie zdołałaby wyjść ot tak sobie, ale co, gdyby jednak skorzystała z okazji? Albo uciekła spod oka babki Nory? Historia Charliego Dafoe, znalezionego wczoraj w lesie, nie dawała jej spokoju. Podobnie jak wspomnienie Mildred Found.
Brenna spróbowała jednak odepchnąć od siebie te myśli, miały przecież potraktować ten wypad jak towarzyskie wyjście…
– Uważaj, bo Erik to usłyszy i sprawi ci takiego na urodziny – stwierdziła, a kąciki jej ust drgnęły w uśmiechu. O tak, niedawno były urodziny Mabel, a chociaż nie mogła brać w nich udziału, przesłała wcześniej paczki, starając się zadbać o to, aby zakasować brata. W konsekwencji prezentów było tyle, ile lat miała Mabel, po jednym za każdy rok. A pośród nich znalazła się i książeczka, która miała bawić i ułatwić zapamiętywanie podstawowych inkantacji – na I roku w Hogwarcie może przydać się jej umiejętność wymawiania „leviosa”, i niewielka walizka, która po otwarciu okazywała się dużym domkiem dla lalek, i kosz ze słodyczami z Miodowego Królestwa, i dziecięca miotła, która uniemożliwiała wzlecenie zbyt wysoko i zbyt szybko, ale pozwalała potrenować…
– Dzień dobry – przywitała się ze sprzedawcą, a potem przejęła koszyk, by trafiały do niego kolejne zakupy. Oczywiście, od razu sięgnęła też po słoik, o który poprosiła Nora, później zaś ładowała do koszyka wszystko, co Figg wskazała. – Pewnie – skwitowała tylko słowa o całym zapasie. – Ma pan więcej na magazynie? – dopytała, ładując do koszyka kolejne słoiki i pojemniki bez żadnych oporów. Brenna może na to nie wyglądała na co dzień, ale była bogata – równie bogata co Malfoyowie, i gdyby miała fantazję przerzucić na licytacji dwadzieścia tysięcy galeonów, mogłaby sobie na to pozwolić. I po prawdzie nie miała żadnych oporów wobec wykorzystywania swojego dziedzictwa, nie czuła się winna z jego powodu, i jedyne, co starała się pilnować, to aby nie stanęło między nią a mniej zamożnymi znajomymi. Bo miewała tendencje do rzucania pieniędzmi we wszystkie problemy, a przecież wiedziała… że istniało coś takiego, jak duma i chęć bycia samodzielnym. Próbowała więc niekiedy nad sobą panować.
Ale tutaj? Sama poprosiła o zapasy…
Zamyśliła się na chwilę po kolejnych słowach Nory. Ona sama też nie nosiła już żałoby, a przynajmniej nie cały czas. Być może powinna: ale w jakimś sensie nie czuła, że ma do tej prawo, poza tym chociaż nie chciała, by ludzie zapomnieli o Derwinie, wolała, by nie myśleli o nim w tym kontekście, że to Brenna kogoś straciła i zasługuje na współczucie.
Ale na ulicach nie brakowało czerni i nieraz mijając kogoś w takiej szacie, Brenna zastanawiała się, czy ten stracił kogoś podczas Beltane. W dniu święta radości, miłości i ognisk.
Westchnęła, kiedy jej myśli mimowolnie podryfowały w jeszcze innym kierunku. Straty i wejście na nowy etap wojny były najistotniejsze, ale dodatkową konsekwencją był fakt, że tegoroczne Beltane… popsuło jej głowę. I to tak poważnie.
– Mabel jest zawsze mile widziana. Ale… może i lepiej, by nie bywała za dużo w Dolinie Godryka. Jest ciekawska, a dziś właśnie ogłoszono zakaz wstępu do Kniei – powiedziała. Wprawdzie z domu Longbottomów nie zdołałaby wyjść ot tak sobie, ale co, gdyby jednak skorzystała z okazji? Albo uciekła spod oka babki Nory? Historia Charliego Dafoe, znalezionego wczoraj w lesie, nie dawała jej spokoju. Podobnie jak wspomnienie Mildred Found.
Brenna spróbowała jednak odepchnąć od siebie te myśli, miały przecież potraktować ten wypad jak towarzyskie wyjście…
– Uważaj, bo Erik to usłyszy i sprawi ci takiego na urodziny – stwierdziła, a kąciki jej ust drgnęły w uśmiechu. O tak, niedawno były urodziny Mabel, a chociaż nie mogła brać w nich udziału, przesłała wcześniej paczki, starając się zadbać o to, aby zakasować brata. W konsekwencji prezentów było tyle, ile lat miała Mabel, po jednym za każdy rok. A pośród nich znalazła się i książeczka, która miała bawić i ułatwić zapamiętywanie podstawowych inkantacji – na I roku w Hogwarcie może przydać się jej umiejętność wymawiania „leviosa”, i niewielka walizka, która po otwarciu okazywała się dużym domkiem dla lalek, i kosz ze słodyczami z Miodowego Królestwa, i dziecięca miotła, która uniemożliwiała wzlecenie zbyt wysoko i zbyt szybko, ale pozwalała potrenować…
– Dzień dobry – przywitała się ze sprzedawcą, a potem przejęła koszyk, by trafiały do niego kolejne zakupy. Oczywiście, od razu sięgnęła też po słoik, o który poprosiła Nora, później zaś ładowała do koszyka wszystko, co Figg wskazała. – Pewnie – skwitowała tylko słowa o całym zapasie. – Ma pan więcej na magazynie? – dopytała, ładując do koszyka kolejne słoiki i pojemniki bez żadnych oporów. Brenna może na to nie wyglądała na co dzień, ale była bogata – równie bogata co Malfoyowie, i gdyby miała fantazję przerzucić na licytacji dwadzieścia tysięcy galeonów, mogłaby sobie na to pozwolić. I po prawdzie nie miała żadnych oporów wobec wykorzystywania swojego dziedzictwa, nie czuła się winna z jego powodu, i jedyne, co starała się pilnować, to aby nie stanęło między nią a mniej zamożnymi znajomymi. Bo miewała tendencje do rzucania pieniędzmi we wszystkie problemy, a przecież wiedziała… że istniało coś takiego, jak duma i chęć bycia samodzielnym. Próbowała więc niekiedy nad sobą panować.
Ale tutaj? Sama poprosiła o zapasy…
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.