Kaprysy były złudne, zwodnicze. Egoistyczne i egocentryczne. Świata poza sobą nie widziały, kiedy się im poddawałeś, bo nie patrzyły na to, ile bierzesz, ile dajesz. One były ulotne? Na pewno. W końcu chwila przemijała, kiedy tylko już pożarłeś to słodkie jabłko, w które wbiłeś zęby. I sok się lał po ręku, wsiąkał w rękaw koszuli, palcem można było malować po talerzu, na którym zostało podane. Sok wysychał, wszystko się lepiło. Umyłeś ręce - po chwili nie było śladu. Ich wypadek nie musiał być wcale w czymkolwiek lepszy. Każdy umyje swoje dłonie, obrócą się do siebie plecami - pozostanie chociaż wspomnienie. Ale może znów będzie taki moment obejrzenia się za ramię..? Zastanowienie się, dlaczego to wszystko było wtedy takie pięknie ulotne, a teraz wrócili do szarej rzeczywistości.
- Nie chciałbym ci nadmiernie zawracać głowy, szczególnie, że raczej obracamy się w innych kręgach branżowych. - Tak, osoba godna polecenia jedno, pytanie - drugie. Zarządca musi się w końcu znać nie tylko na tym, jak kierować ludźmi, ale też mieć pojęcie, co w ogóle tutaj jest robione i jak tym zarządzać. Innymi słowy - potrzebował kogoś, kto może niekoniecznie na samych zwierzętach się znał, ale kto pojmował, z czym się je cały ten temat. Miał swoich znajomych, miał swoją rodzinę, wśród której mógł pytać, dlatego Kayden naprawdę nie musiał się tym kłopotać. - Tym nie mniej dziękuję, doceniam. - Żeby nie było wątpliwości, bo akurat miał wrażenie, że mimo krótkiego stażu znajomości brunet byłby w stanie mu tę przysługę wyświadczyć. Z czego to w sumie wynikało? Z jakiejś takiej... pracowitości, jaką wykazywał? Że mimo tego, jak skłonny był do zabawy, by pazurami łapać sznureczek i gonić za złotą myszką to kiedy się zatrzymywał i spoglądał tymi przenikliwymi ślepiami to oczywistym było, że żarty się skończyły? Na boga, cokolwiek miał w tym spojrzeniu, cokolwiek chował w szufladzie i czy pod łóżkiem nie wciskał trupów - naprawdę w jego spojrzeniu potrafiło być wiele niepokojących błysków. Takich, które sprawiały, że naprawdę Laurent się bał nie znając go odpowiednio. To też nie był wyczyn - nastraszyć Prewetta. Laurent był jednak pewien, że w Kaydenie tkwi coś, co ukrywał przed światem. Choć może to było tylko jego jakieś chore wyobrażenie.
Laurent uśmiechnął się, uważając te wywody Kaydena za absolutnie urocze. Może nawet i by się cicho zaśmiał, ale się powstrzymał, bo nie chciał go speszyć. Zupełnie jakby Delacour był delikatnym kwiatem, który może zamknąć swoje płatki, jeśli tylko za mocno go dotkniesz. Całkowita przeciwwaga do tego, że potrafił się go momentami bać i napinać jak sarna, która spojrzała w oczy wilka i wiedziała - wilk jest głodny. Cieszył się, że dawał się w to wciągać, a jeszcze bardziej urocze to było, kiedy zaczynał być nagle takim wstydziochem, zwalniał swoje przemowy, wracał na ziemię i... no, ten tego... takie właśnie "no ten tego" się zaczynało. Laurent mógł się nad tym rozpływać i miał szczerą nadzieję, że z czasem ten urok nie zniknie. Tak jak i miał nadzieję, że Kayden będzie coraz bardziej śmiały, kiedy odkryje, że trafił na podatny grunt człowieka, który lubił słuchać, uczyć się i nie miał problemu z tym, żeby przyznać się do błędu i zmienić swoje zdanie.
- Na pewno uczciwość? Jeśli wyznajesz osobiście, że kradzież jest dobra, choć widzisz, jaką krzywdę czyni ludziom i myślisz, że ach, cóż, lepiej by było, gdyby ludzie nie kradli. Nadal jednak w twoim pojęciu moralności - jest dobra. Ty na tym korzystasz. Potem jednak spotykasz człowieka, który kradnie. Mówisz mu: nie kradnij. Kradzież jest zła. Szkodzi. Nie mówisz tego dlatego, że sam wyznajesz tę prawdę. Mówisz to dlatego, bo widzisz, że ten człowiek ma szansę na coś innego, lepszego, że jemu może to zaszkodzić. Ponieważ sam widzisz po sobie, jak jesteś zepsuty. To jednak, że człowiek sobie zdaje z czegoś sprawę nie musi oznaczać, że chce się zmienić bądź zmienia się jego postrzeganie własnego czynu. - Więc czy to uczciwość? Laurent by z pewnością tak tego nie nazwał, nawet stosując się do definicji, którą usłyszał. I wtedy osoba zdaje sobie sprawę, że jest hipokrytą. Co innego myśli, co innego mówi. W dobrej, złej wierze - nie miało to nawet takiego znaczenia. Chyba istotniejsza była korelacja między wypowiadanym słowem a tym, w co człowiek naprawdę wierzył.
- Zgadza się. Dlatego kocham wodę. - Słowo "lubię" było w zasadzie ogromnym niedopowiedzeniem. - Hahaha... a jakie masz wyobrażenie syrenki, panie Kayden? - Spojrzał z rozbawionym uśmiechem na mężczyznę. W końcu syreny potrafiły być wyjątkowo paskudne. Mermeni niby przypominały w górze człowieka, ale to nie tak, że byli identyczni. Inni mieli tylko tułów ludzki, głowę, ręce, ale byli absolutnie zdeformowani i były to raczej potwory z wyglądu, nie ludzie. To wcale nie było oczywiste. - Ooo, naprawdę? - Zaciekawienie to jedno, ale u Laurenta dało się usłyszeć, uwaga: troskę. I pojawiło się na jego twarzy zmartwienie, kiedy spojrzał na Kaydena jakby nowym okiem. - Nie miałeś z tego powodu żadnych nieprzyjemności? - W końcu to już go dyskredytowało z pięknej, doskonałej czystości krwi. Chyba że były to rzeczy, których nie odnotowano w rodowodzie, nie mówiło się o tym. Albo akurat jego rodzina przyjmowała ten rodowód z dumą? Czasami to nie było wcale oczywiste. Szczególnie, że jego matka pochodziła z Francji, jeśli dobrze rozumiał. - Ale ja cię za to kojarzę. - Odpowiedział już z powrotem z uśmiechem. Kojarzyć to dobre słowo. - Tiara się zastanawiała nad moim przypadkiem. Zważyła moja płonąca ambicja. - Która wtedy była prawdziwym ogniem. Dziś... dziś była po prostu ognikiem pozostawionym na lśniącej misie. Nie było do końca o co walczyć, albo energii zabrakło.
- Najmocniej przepraszam, nigdy bym się nie ośmielił... to mój wyraz omdlenia na jego dźwięk. - Nadal próbował kontrolować śmiech, ale ten troszkę się przebijał, kiedy mówił. - Ślimaki w cieście? Och, hm... nigdy nie miałem okazji spróbować. Ostrzegam tylko, że nie zjem niczego, co się rusza i spogląda na mnie z talerza. Chyba że chcesz widzieć moją zbolałą minę, wtedy będzie to idealny wybór. - A zaznaczał to, bo w końcu byli w nadmorskiej miejscowości i już się nauczył, zwłaszcza w tych cieplejszych i egzotycznych krajach, że tam potrafili podawać wyłowione z morza dziwactwa. W najbardziej dziwaczny sposób.