Gdy tylko dopadł do rannego mężczyzny, wyciągnął z kieszeni spodni postrzępioną nieco – i brudną – ścierkę, po czym zaczął oczyszczać skórę Weissa, chcąc dowiedzieć się, jakie to też dokładnie obrażenia otrzymał. Powinni wezwać lekarza. Chyba. Tylko kto tutaj by ich przyjął?
Okrętowe ambulatorium? Prawie się zaśmiał na tę myśl. Może jeszcze poprośmy gości z kajut najwyższej klasy, pomyślał z przekąsem. Tak, na pewno by im pomogli... Eh, byli zdani tylko i wyłącznie na siebie, a Erik... Erik nie wiedział zbyt wiele o medycynie.
— Nie brzmi to zbyt realnie — mruknął pod nosem Erik, starając się, chociaż minimalnie oczyścić rany Weissa. — Byłby cały połamany.
Pogruchotałby sobie wszystkie kości, pomyślał, zerkając z zaciekawieniem na kobietę. Wprawdzie tu i ówdzie dało się usłyszeć historie o tym, że w stresie człowiek był w stanie zignorować największe boleści byle tylko uciec z opresji, ale... Elijah? Taki dzieciak? Jeszcze młodszy niż teraz?
— To, że przeżył coś takiego to cud albo jakaś... magia — parsknął, chociaż nie było mu w ogóle do śmiechu. Magia? Tutaj? Na tym zapomnianym przez Boga statku, który mógł równie dobrze wykończyć wszystkich robotników nadmiarem pracy? Dobre sobie.
Ponownie podniósł wzrok na Fanny. Czy on a w ogóle mówiła prawdę? Może kłamała teraz jak z nut, idąc w zaparte, że dzieciak jest przeklęty? Bądź co bądź, nie ruszyła za nim w pościg w przeciwieństwie do Geraldine i Victorii. Poza tym wedle jej historii ojciec chłopaka wcale nie był o wiele lepszy od niej. Kto wie, co przeżywał ten nastolatek, gdy był zamknięty w czterech ścianach z taką dwójką opiekunów?
— Czemu się go tak boisz? — zaczął niespodziewanie, podnosząc się z ziemi. — Powinnaś go wspierać i chociaż spróbować zrozumieć. — Zmrużył oczy. — Musiało być w tym coś więcej niż tylko skok przez okno.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞