Delacour kiwnął głową i choć kłopotem by tego nie nazwał, to nie zamierzał nalegać. Był wprawdzie przekonany, że Laurent sam sobie doskonale poradzi z szukaniem odpowiedniej osoby na dane stanowisko. W końcu on sam wiedział, czego potrzebuje, ale propozycja padła i to właściwie nie z grzeczności. Bardziej jako wyciągnięcie pomocnej dłoni i owszem, grała w tym rolę ta pracowitość, sumienność, czy może nawet i powaga, która często mu biła z szarych oczu. Oh, doprawdy, ile to warstw może mieć jeden człowiek... Z jednej strony surowe spojrzenie, z drugiej ganianie za włóczką. Z jednej ostre jak sztylety słowa, z drugiej płatki kwiatu, unoszącego się na wodzie. Najpierw duma, a potem nieśmiałość. Zupełnie, jakby był srebrną monetą, która z jednej strony była przetarta i połyskująca, lecz od spodu obskurna, czarna jak węgiel.
Słuchał Laurenta w milczeniu i szczerze mówiąc, pogubił się trochę w jego słowach, aż musiał sobie to uporządkować po swojemu, na spokojnie, marszcząc przy tym lekko brwi. Czuł się jak na jakimś pogmatwanym teście z numerologi. - O uczciwości mówię w kontekście przekazywania ludziom tego, czego uczymy się na własnych błędach, o czym wspomniałeś... Co nie oznacza automatycznie, że człowiek staje się uczciwy. Po prostu zachował się uczciwie, dając komuś przestrogę, bo już się kiedyś na tym błędzie potknął. To, o czym teraz mówisz, to wciąż jest hipokryzja. W tym przypadku, jeśli mówisz o kradzieży, jest to złamanie moralnej zasady, ogłoszonej przez społeczność jako coś złego. Człowiek, który łamie tą zasadę i kogoś poucza, że to złe - jest to hipokryzja. Nie ma tutaj mowy o nauce na własnych błędach, bo wciąż kradnie. Nie ma tu też żadnych wyrzutów sumienia i jakiejkolwiek poprawy. Po prostu dalej to robi i czerpie z tego korzyści. Natomiast ktoś, kto ukradł coś raz czy dwa, po czym stwierdził, że to nie było dobre i porzucił tą ścieżkę, a później widzi kogoś, kto kradnie i mówi mu, że nie powinien - wtedy mowa o uczciwości. Oczywiście mówię tu w kontekście tego scenariusza, bo wydaje mi się, że każdy przypadek trzeba by było analizować osobno... - Westchnął cicho, przeczesując czarne włosy palcami. - To, co powiedziałeś, trochę się ze sobą kłóci, nie sądzisz? Jeśli uważasz, że coś jest dobre, to nie możesz jednocześnie uważać, że cię demoralizuje. To dwie sprzeczności. W tym wypadku oszukujesz samego siebie i tak naprawdę wiesz, że jest to niewłaściwe. - Schował ręce do kieszeni spodni. - Natomiast z ostatnim zdaniem się zgodzę. Jedno nie wyklucza drugiego. - Czy cała klasa zrozumiała? Będzie z tego sprawdzian.
Pstryknięcie monetą. Wypadła lśniąca reszka, czy czarny orzeł? Reszka, bo Kayden uśmiechał się psotnie, mrużąc przy tym srebrne oczy. - Wyobrażenie syrenki? Cóż, takie, jak na witrażu w łazience prefektów, w naszej starej dobrej szkole... - Prychnął cichym śmiechem, doskonale zdając sobie sprawę, że syreny wcale nie wyglądały tak, jak na tych pięknych, malowniczych szkiełkach. Długi ogon, łuski i uwodzicielski śpiew? Takie wyobrażenie chciałby mieć, bo było o wiele przyjemniejsze, niż macki, wyłupiaste oczy, czy rybie twarze. Ni mniej jednak nie miał zamiaru tu Laurenta obrazić, bo rzeczywiście, pierwsze, z czym kojarzyła mu się syrena, było właśnie to pamiętne okno, przez które przedzierało się światło księżyca... A ten witraż był naprawdę cudowny i zapadł mu głęboko w pamięć.
Znów mu mina złagodniała do lekkiego uśmiechu i przyjrzał się uważniej blondynowi, kiedy zadał to pytanie. - Moralność ma często kryteria estetyczne. - Powiedział ze spokojem, ni to gorzko, ni słodko. Coś pomiędzy. Jego piękna i doskonała czystość krwi stała nienaruszona, bo kto by zdeptał pięknego motyla? Artystkę? I do tego jeszcze bogatą? To była bariera, stojąca przed nią jak mur pokryty herbacianymi różami. Nie, nie mówiło się o tym na głos, choć większość wiedziała. Zostało to pominięte i potraktowane z przymrużeniem oka, zakopane pod różami jak gnój do użyźnienia gleby. - Ciężko mi stwierdzić, czy mam czystą krew, czy jednak nie... Z logicznego punktu widzenia jestem półkrwi, ale ludzie wokół jakoś są na to ślepi... - I znów ciężko tu było stwierdzić, czy gorzki miał posmak na języku, czy jednak słodki. Spojrzał na Laurenta, zastanawiając się, jak daleko mógł ciągnąć ten sznurek, żeby motek nie spadł mu na łeb. - Wybacz, nie wiem zbyt wiele o Selkie... ale rozumiem, że też nie cieszą się zbytnią przychylnością ze strony fanatyków czystokrwistych? - Zapytał ostrożnie, w zasadzie odbijając wcześniejsze pytanie Laurenta.
- Mnie kojarzysz? Ciekawe... Nie wydaje mi się, żebyśmy na siebie wpadli... - Mruknął z zamyśloną miną. Nie, aż tak beznadziejny w zapamiętywaniu twarzy nie był. To działało u niego trochę jak odkrywanie kart w talii. Wszystkie wyglądają tak samo, dopóki nie przewrócisz karty na grzbiet i nie zobaczysz, że to dwójka pik. Nawet jak ją na powrót zakryjesz, będziesz wiedział gdzie leżała. - Trafiłeś więc tam, gdzie chciałeś? - W siedlisko węży... Przynależność do tego domu nie była dla Kaydena szczególną stratą, a nawet zastanawiał się, czy czasem tam nie trafi, zakładając na głowę Tiarę. W końcu to nie tak, że wszyscy ślizgoni syczeli na ludzi i mieli brodę wysoko... Pozostawało jednak faktem, że otoczenie kształtowało charakter ludzi i stosunek do innych.
Kayden prowadził ich przez uliczki miasta, choć ciężko było nazwać to prowadzeniem, bo sam drogi nie znał. Budynki wcale nie wydawały mu się znajome. Co jednak zadzwoniło w jego pamięci, to struktura miasta, wąskie alejki i rośliny, porozmieszczane po obu stronach ulic. Prawie na każdym kroku można było natknąć się na doniczki, choć zapewne im głębiej w miasto, tym będzie ich mniej. Nie chciał jednak oddalić się zbytnio od portu. - W takim razie masz przedziwny wyraz omdlenia. Quelle absurdité! - Tak, teraz już robił to specjalnie. - Nie, nie będziemy jeść ślimaków... Nie jestem francuzem, aż tak mi się w głowie nie poprzewracało. - Pokręcił głową z uśmiechem, rezygnując z maskarady. - Croque Monsieur to zwykłe tosty z szynką, serem i beszamelem, Clafoutis to puszyste ciasto z czereśniami, a Crêpes Suzette to naleśniki z syropem pomarańczowym... ale ostrzegam, są przeraźliwie słodkie. Sucre avec sucre... - Nie, wcale nie dawał mu kolejnych okazji do nabijania się z francuskiego. I nie, wcale nie spodobał mu się lukrecjowy śmiech.
![[Obrazek: qEyGuHF.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=qEyGuHF.gif)