02.09.2023, 09:07 ✶
– Nic – westchnęła tylko Brenna na pytanie Laurenta. Przecież nie mogła go powstrzymać przed wejściem do lasu, nie było to zakazane (jeszcze). A opowiadać pełnej historii Mildred nie chciała w jej towarzystwie.
Kąciki ust drgnęły jej mimowolnie, kiedy Victoria wspomniała o błotoryjach, ale choć zwykle skomentowałaby tę historię – tym razem darowała sobie swoje zwykłe opowieści, z szacunku dla pani Found. Jej na pewno nie było w tej chwili do żartów.
– Jasne, ale sprawdzę, czy wyczuję ich zapach. W końcu podeszły całkiem blisko farmy… – odparła na kolejne słowa Victorii, nim się zmieniła.
Trzymała się blisko – nie odchodziła poza zasięg wzroku. Brenna miewała problemy z instynktem samozachowawczym, ale nie spieszyło się jej do niepotrzebnego samobójstwa, i nie chciała wpaść na te widma w pojedynkę: jak wcześniej Mildred (oraz kilka innych osób, o których jednak jeszcze nie zdążyła usłyszeć…). Czasem węszyła, czasem przystawała, by Mildred mogła wskazać im drogę. Nie mogli poruszać się zbyt szybko, bo pani Found była zbyt zmęczona… i zbyt stara, aby trzymać tempo, wkrótce jednak ich oczom ukazał się dom, skryty w głębi lasu.
Brenna przemieniła się z powrotem. Wzdrygnęła się mimowolnie, sama niepewna dlaczego. Może przez mgłę, spowijającą drzewa po drugiej stronie polany? Może przez wrażenie obserwacji? Uniosła różdżkę nieco wyżej, gdy wstała, bo dostrzegła, że drzwi domku były uchylone…
– Może zajrzyjmy do środka przez okno – poprosiła, zastanawiając się, czy jakiś złodziejaszek nie skorzystał z okazji albo ktoś inny nie próbował schronić się w domu przez widmami.
Mildred wykonała kilka kroków, zbliżając się do domu. I przez jedno z okien zobaczyła cienie, które wcześniej spotkała nad rzeką. Widmo siedziało na jej łóżku. Inne pochylało się nad drewnianym stołem, w nieludzkich rękach trzymając miskę: tę samą, z której jeszcze niedawno sama jadła śniadanie.
Knieję przeszył przeraźliwy krzyk Mildred Found.
Ten wrzask musiał zaalarmować istoty. Pierwsza z nich wymknęła się przez uchylone drzwi. Brenna była niemal pewna, że zaatakują, i już uniosła różdżkę, gotowa próbować z patronusem – legalnym, czy nie, Cynthia i Dora porównywały te stwory do dementorów… - ale ta pomknęła ku skrajowi lasu i kłębiącej się tam mgle.
– Jasny szlag – podsumowała Brenna oszołomiona.
Kąciki ust drgnęły jej mimowolnie, kiedy Victoria wspomniała o błotoryjach, ale choć zwykle skomentowałaby tę historię – tym razem darowała sobie swoje zwykłe opowieści, z szacunku dla pani Found. Jej na pewno nie było w tej chwili do żartów.
– Jasne, ale sprawdzę, czy wyczuję ich zapach. W końcu podeszły całkiem blisko farmy… – odparła na kolejne słowa Victorii, nim się zmieniła.
Trzymała się blisko – nie odchodziła poza zasięg wzroku. Brenna miewała problemy z instynktem samozachowawczym, ale nie spieszyło się jej do niepotrzebnego samobójstwa, i nie chciała wpaść na te widma w pojedynkę: jak wcześniej Mildred (oraz kilka innych osób, o których jednak jeszcze nie zdążyła usłyszeć…). Czasem węszyła, czasem przystawała, by Mildred mogła wskazać im drogę. Nie mogli poruszać się zbyt szybko, bo pani Found była zbyt zmęczona… i zbyt stara, aby trzymać tempo, wkrótce jednak ich oczom ukazał się dom, skryty w głębi lasu.
Brenna przemieniła się z powrotem. Wzdrygnęła się mimowolnie, sama niepewna dlaczego. Może przez mgłę, spowijającą drzewa po drugiej stronie polany? Może przez wrażenie obserwacji? Uniosła różdżkę nieco wyżej, gdy wstała, bo dostrzegła, że drzwi domku były uchylone…
– Może zajrzyjmy do środka przez okno – poprosiła, zastanawiając się, czy jakiś złodziejaszek nie skorzystał z okazji albo ktoś inny nie próbował schronić się w domu przez widmami.
Mildred wykonała kilka kroków, zbliżając się do domu. I przez jedno z okien zobaczyła cienie, które wcześniej spotkała nad rzeką. Widmo siedziało na jej łóżku. Inne pochylało się nad drewnianym stołem, w nieludzkich rękach trzymając miskę: tę samą, z której jeszcze niedawno sama jadła śniadanie.
Knieję przeszył przeraźliwy krzyk Mildred Found.
Ten wrzask musiał zaalarmować istoty. Pierwsza z nich wymknęła się przez uchylone drzwi. Brenna była niemal pewna, że zaatakują, i już uniosła różdżkę, gotowa próbować z patronusem – legalnym, czy nie, Cynthia i Dora porównywały te stwory do dementorów… - ale ta pomknęła ku skrajowi lasu i kłębiącej się tam mgle.
– Jasny szlag – podsumowała Brenna oszołomiona.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.