Jeśli przy kimś miał być słaby to przy kim, jak nie przy Victorii? Tej, która była w stanie dać mu w zasadzie dokładnie to samo, co on oferował jej. Ona o to nie prosiła. On o to nie prosił. Nie musieli się prosić. Tak jak on znalazł się nagle w jej życiu, tak w zasadzie i ona. Kiedyś tak na nią nie spoglądał, nie dokładnie tak, jak spojrzał tamtej nocy, kiedy jej atrakcyjność rozbłysnęła w jego oczach i zobaczył prawdziwe piękno Królowej Nocnych Kwiatów. Miała w sobie tyle cennych skarbów, które mogła oferować temu światu, że tak jak mówił - jaka szkoda, że nie należała do tych, którzy gotowi są otworzyć swe ramiona przed ludem. Ale jak też sama powiedziała - dzięki temu mogła poświęcić swoją uwagę tylko jemu. I bardzo lubił to odczucie. Poczucie, że jesteś dla kogoś cenny, unikalny, bo nie da się ciebie zastąpić. Możesz mieć nawet bliższego przyjaciela, możesz mieć miłość swojego życia, ale nie zastąpisz tym tej jednej, konkretnej osoby. Zabraknie jej - pozostanie pusta, której nie wypełnisz. Możesz tylko ją czymś nakryć. Zawsze jednak będziesz pamiętać, że tutaj było coś innego. Ktoś inny. Dla Laurenta Victoria była bardzo unikalna.
Sięgnął po jedną z tych czekoladek, delikatnie się uśmiechając, kiedy widział jak ślicznie były zrobione. Tak, prezent z pomysłem. Nie po prostu tabliczka czekolady. Nawet nie wiedział, że takie pralinki są wykonywane gdzieś w ich okolicach, ale to też nie było nic dziwnego - sam się za nimi nie rozglądał. Tak jak uprzedziła go Victoria, że te nie były tak słodkie, bo przecież dobrze wiedziała. Drżała mu dłoń, kiedy wziął czekoladę do ust, a czekolada przyjemnie rozpłynęła się na jego języku. Może będzie musiał naprawdę nosić przy sobie taką? Chyba naprawdę robiło mu się trochę lepiej po niej. Efekt placebo? Możliwe. Albo to efekt tego, że ktoś ci oferuje taką czekoladkę - i samo to było tak miłe. Czy to chodziło o tę energię, o której mówiła Victoria? Na szczęście jadł - bo Florence miała go na oku i zmuszała do tego, żeby jadł. Inaczej niczego by nie przełknął.
Znowu pokiwał głową. Mogło się wydawać, że to mętna, koślawa reakcja, ale naprawdę jej wierzył. Bo chciał w to wierzyć - że będzie lepiej. Victoria zaś miała pełne pełnomocnictwo go w tym przekonaniu umacniać.
- Nie, nie byłem w Mungu. Mam prywatnego medyka... czasami nie chcę alarmować Florence, że coś się dzieje. Tego, proszę, nie zapisuj. - Uśmiechnął się słabo, ulotnie. Podał imię i nazwisko mężczyzny. - Może sporządzić raport, ja takiego nie posiadam. - Odnośnie obrażeń. Wzdrygnął się i objął ramionami, masując je lekko. Poprawił się też w końcu na krześle. - Byłem... duszony... potem próbował zabić mnie nożem... a na końcu zepchnąć z klifu, magią. Do morza. W sztorm. Jakby... jakby wiedział. - Jakby wiedział doskonale, jak blisko Laurent jest z morzem, jakby wiedział, że nawet selkie nie pokona jednak sztormu.