Jeśli młody Longbottom faktycznie odwiedził to miejsce, aby przełamać swoją codzienną rutynę, to teraz po tych parunastu minutach rozmowy, można było z całą pewnością stwierdzić, że udało mu się to zrobić. Gdyby miał świadomość tego, że do ponowne spotkania z Elliottem mogłoby dojść już wcześniej, bardzo szybko zmieniłby się w człowieka pełnego wad, zdolnego przesiadywać przy pustym stole przez długie godziny. Czy jego ekscytacja wywodziła się z tego, że na swój sposób wrócili do dawnych, spokojniejszych czasów?
Możliwe. Nostalgia nie była czymś, co było dla niego nietypowe. W zaangażowaniu w trwającą wymianę zdań nie chodziło jednak tylko o wyrwanie z otchłani dziejów tych paru momentów i odtworzenie ich w obecnej rzeczywistości. Doceniał obecność dawnego przyjaciela. Cieszył się odnowionym kontaktem, chociaż nawet nie wiedział, ile on potrwa.
— Siostra zapewne powiedziałaby, że co druga osoba, którą mijam na ulicy, ma jakąś opinię lub drobną notkę na mój temat. Naprawdę sądzi, że jestem jakąś wielką gwiazdą, a nie kimś, kto po prostu pozwolił się wkręcić w to towarzystwo. — Pokręcił powoli głową. W jego głosie pobrzmiewała lekka pobłażliwość, jakby sam nie wiedział, co myśleć o stanowisku objętym przez Brennę. Po części doceniał jej pasję, ale z drugiej nieco się obawiał, czy niedługo nie zajdą o krok za daleko. Podniósł wzrok na Elliotta. — Myślę, że dla mediów jestem ciekawostką, którą wyciąga się, gdy nie dzieje się nic bardziej emocjonującego. Pewnie mają na mnie jakąś teczkę z wycinkami prasowymi i hakami, którymi chcieliby mnie zagiąć. Ministerstwo pewnie też coś ma. Znana rodzina, względnie wysoka pozycja zawodowa... — Zawiesił głos, nie chcąc dodawać wzmianki o Rejestrze Wilkołaków. Oczy Erika roześmiały się na wzmiankę o kolacji. — Cóż, w takim razie moje usta będą milczeć jak grób. Grzech zmarnować perspektywę takiej kolacji. Kto wie, może nawet pójdę ci na rękę i zdradzę, czym mi pachnie amortencja. To dopiero klucz zdolny otworzyć wiele drzwi.
Uśmiechnął się pod nosem, upijając nieco kremowego piwa. Mógł nie przepadać za tym, jak często stawał się obiektem atencji prasy, ale spędził w ich towarzystwie wystarczająco dużo czasu, aby wiedzieć, jakie tematy potrafiły ich zainteresować. Opowiadanie o działaniach Brygady Uderzeniowej lub najnowszym bankiecie charytatywnym może i były interesujące i potrafiły wzbudzić sympatię, jednak furorę robiła kontrowersja lub wyciągnięcie na światło dzienne bardzo personalnych rzeczy. Zapach eliksiru miłości był czymś niepowtarzalnym, niemalże intymnym. Gazety prześcigałyby się w tym, aby wysnuć jak najbardziej szokującą interpretację z tej informacji.
— Niektórzy dziennikarze lubią naruszać moją strefę komfortu, licząc, że poprzez ingerencję w barierę mojej prywatności zdobędą materiał. Nie lubię, kiedy to robią. Poza tym parę razy wybrali mało pochlebne zdjęcia do artykułów z moich udziałem. Wyobrażasz sobie umieścić na drugiej stronie ruchome zdjęcie, gdzie uchwycili mnie w trakcie przewracania oczami? Zupełny brak profesjonalizmu. — Wykonał teatralny młynek oczami, niejako udowadniając, jak mało pochlebna był to gest do uwiecznienia na ruchomej fotografii.
Przekrzywił lekko głowę w bok. Czy takie było przekleństwo rodzin czystej krwi? Stąpanie po skrzyżowaniu rozsądku, własnych potrzeb oraz oczekiwań rodziny, odbijając się raz za razem od każdej z tej opcji, dopóki nie poszło się na ustępstwa z każdą z trzech stron w celu osiągnięcia złotego środka? Zadowalaj wszystkich, nie zadowalaj nikogo, bo nie angażujesz się w żaden z aspektów wystarczająco głęboko. Jeden wielki paradoks.
— Może — odparł, gdyż potrafił zrozumieć, skąd pochodziły przemyślenia mężczyzny. — Chociaż oddawanie się kompletacji... Komplementacji... — Przymknął oczy, chcąc się zebrać myśli. Westchnął cicho i kontynuował: — Kontemplacji względem tego, co by było, gdyby lub co może być, nie równa się ignorancji. Człowiek może sięgnąć po to, co nie było mu oryginalnie pisane w ramach wychowania. Wystarczy tylko i aż odwagi. Jeśli historia naszych żyć została już spisana, trzeba by nieustraszonego człowieka, żeby przepisać scenariusz.
Zamarł na chwilę, zdając sobie sprawę z tego, jaki wydźwięk mogły mieć wypowiedziane przez niego słowa. W jego oczach zagościły iskierki smutku. Możliwe, że myśl ta przeszła mu już kiedyś przez głowę, jednak nie miał zamiaru akceptować takiego stanu rzeczy. Nie sądził, aby komplementowanie ludzi w określony sposób było manipulacją. Ludzie zyskiwali więcej, gdy podczas złych dni mogli odnieść się do swoich osobistych zwycięstw, do czegoś, z czego mogli być dumni. Czegoś do da im siłę by, pomimo kłopotów, iść dalej. W taki sposób chciał wywyższać ludzi.
— Wszyscy nosimy maski, panie Malfoy — Zaciągnął się papierosem, z niezadowoleniem zauważając, że raczej już mu na długo nie starczy. Wskazał gestem dłoni na pracownika lokalu, który obsługiwał bar. — Myślisz, że on zachowuje się w dokładnie taki sam sposób tutaj, jak podczas wypadu ze znajomymi do pubu, a tam tak samo, jak na kolacji u rodziców swojej dziewczyny? Owszem, pewne aspekty osobowości są niezmienne. Są podstawą tego, jak się prezentujemy. Ale szczegóły ulegają zmianie. Syn, ojciec, córka, współpracownik, kochanka, mąż, rywal, idiota w jednym aspekcie, geniusz w innym. Normy społeczne i stopień relacji międzyludzkich sprawiają, że dostosowujemy się do sytuacji. Oczywiście maska opada, gdy w grę wchodzą emocje czy uczucia. Zawartość jednej maski przelewa się w drugą, jeśli dwie odrębne sytuacje, w jakich bierzemy udział, zaczynają się mieszać.
Podczas wywodu raz po raz układał dłonie w piramidkę, tylko po to, aby po chwili ją zburzyć, a następnie znowu wznieść. Chociaż jego gestykulacja mogła wskazywać na to, że jest niepewny finałowej puenty, tak produkowane słowa padały z jego ust miękko, Może dlatego, że przejście do sedna nie było celem tej konwersacji. Traktował możliwość otwartego wypowiedzenia się, jako swoistą wymianę strumieni myślowych, pozwalających na lepsze zrozumienie rozmówcy, ale także pokazanie tego, jak sam pojmował świat.
— Rozumiem — odparł krótko, opierając łokcie o blat. Otaksował twarz Elliotta krótkim spojrzeniem. Doceniał tę szczerość. Nie każdemu przychodziło to łatwo, a biorąc pod uwagę, jak trudno byłoby w tej chwili ocenić, jak tak naprawdę sprawy się między nimi mają, tym bardziej go to poruszyło. — W takim razie i ja powinienem powiedzieć coś prawdziwego. Przejąłeś jedną z najwyższych funkcji w Departamencie Skarbu, po starym czarodzieju, który trzymał się stołka do ostatniej chwili. Nie znam się na specyfice pracy w tym sektorze Ministerstwa Magii, ale nie wyobrażam sobie, byś po prostu zostawił sprawy w takim stanie, jak je zastałeś. Zapewne zmieniłeś już co nieco. Usprawniłeś procesy, znalazłeś ludzi, którzy rozumieją twoją wizję i etos pracy. Wykazałeś się elastycznością, o której wielu mogłoby marzyć. Presja rodziny, presja współpracowników, presja rywali, presja narzucona na samego siebie. Ale ty wytrwałeś i dalej będziesz trwać. Myślę, że zajdziesz jeszcze daleko.
Zaciągnął się resztką papierosa, wypuszczając ostatni kłąb dymu z ust, a na koniec zgasił pozostałości po fajce w popielniczce. Nie była to najlepsza mowa, której celem było komplementowanie drugiej osoby, jaką wygłosił, jednak biorąc pod uwagę warunki, wydawało mu się, że poszło całkiem nieźle. Kto wie, może nawet podbuduje nieco swojego rozmówcę?
— Mogę kontynuować, jeśli sobie tego życzysz — dodał z ciepłym uśmiechem, podnosząc wzrok na Malfoya.
Miał wiele cech typowych dla idealisty. Wierzył w to, że nawet w najgorszej sytuacji można było osiągnąć sukces. Wykazywał się dobrym serce, ale bywał zbyt naiwny. Akceptował plany innych ludzi względem siebie, bo ciężko mu przychodziło odmawianie innym. Propagował wartości, które w teorii mogły sprawić, że świat miał potencjał zmienić się w lepsze, bardziej akceptujące innych, miejsce. Nie zamykał się jednak w bańce, nie był ślepy na to, że są inne drogi.
— Ty mi powiedz — odgryzł się nonszalancko. Przechylił czubek głowy w bok, spoglądając na rozmówcę z zainteresowaniem. — Jestem idealistą?
Nie musiał jednak tego od razu wykładać na tacy młodemu Malfoyowi.
— Nie, chociaż mogło mi to być sugerowane — przyznał z rozbrajającą szczerością, biorąc łyk piwa. — Oczywiście nie bezpośrednio przez Wizengamot. Bardziej jako odpowiedź na moje komentarze podczas rozmów. Przeraża mnie jednak to na jak wiele ustępstw musiałbym tam chodzić. Negocjacje, powiedzmy, że otwarta manipulacja innymi, wymiana przysług w zamian za głos. Nie jesteśmy społeczeństwem idealnym. Może moja perspektywa byłaby dla nich czymś nowym, ale czy uznaliby to za coś dobrego? Poza tym idą za tym inne ograniczenie. Co, jeśli by mnie spaczyli i już nie moglibyśmy prowadzić takich rozmów, jak teraz?
Słuchał wypowiedzi Elliotta z uwagą, ważąc różne za i przeciw, sprawdzając, czy podarowane mu przez srebrny język przyjaciela elementy układanki wpasowują się w jego osobisty zestaw puzzli, na jaki składała się jego własna perspektywa. Wiele odrzucił, części nie rozumiał, ale niektóre kawałki sprawiały, że rewidował własne poglądy. Ciężko byłoby go zmienić w zatwardziałą konserwę, ale doceniał wymianę punktów widzenia.
— Obrona własnych interesów. Lub większej grupy społecznej, jeśli w tym przypadku możemy mówić ogólnie o czarodziejach czystej krwi — wyrzucił z siebie, intensywnie myśląc. — Bagaż, o którym mówisz to nie tylko wartości, ale też styl bycia i dziedzictwo rodu o długiej historii. Zakładając, że inne rodziny o wysokim statusie wykazują podobne przekonania, Leach obiektywnie mówiąc, był niebezpieczny. Jak powiedziałeś, jedna osoba, nawet ograniczona Wizengamotem, nie byłaby w stanie objąć problematyki ciągnącej się od kilkunastu dekad. Chęć zachowania dynastii w niezmienionej formie, aby historia nie osądziła danego pokolenia, jako to, które doprowadziło do upadku lub obniżenia statusu w społeczeństwie. Presja pokoleń.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞