Obserwator... Strzelał z łuku w cel i patrzył, która ze strzał trafi w środek tarczy. Jak łowca, lustrujący bystro otoczenie, wtapiał się w nieodkryte rejony i poznawał je, kawałek po kawałku. Dla zabawy, żeby się przekonać, czy jednak teren go nie zaskoczy. Kayden szanował takich ludzi, bo byli sprytni i błyskotliwi. Jednocześnie zdawał sobie sprawę, jak niebezpieczni mogli się okazać. Ten, kto uważnie obserwuje, ma przewagę. Widzi więcej. Więcej słabości, wad, ale i zalet. Przy takich ludziach trzeba było uważać, co się mówi, jak się mówi i jak zachowuje. Oczywiście, Kayden nie czuł jak na razie żadnej potrzeby, by mieć się przy Laurentym na baczności... ale świadomość, że Laurent był naprawdę inteligentny i zauważał pewne rzeczy, które inni by pominęli, została mu w głowie. Jak notatka na marginesie. Fakt, że w ogóle obdarował go właśnie takim komplementem, a nie innym, była bardzo celnym strzałem. Bardzo precyzyjnym i przemyślanym. Nastoletni Kayden pewnie by się zarumienił z tak trafnego komplementu. Teraźniejszy Kayden jedynie się subtelnie uśmiechnął, odwracając wzrok.
Im więcej jednak Laurent mówił, tym wyżej unosiły się jego brwi. Nie nazwałby tego skromnością, ale miał wrażenie, że trochę Laurent to wszystko koloryzuje. Nie wątpił w szczerość jego intencji. Po prostu czuł, że za duże nadzieje w nim pokłada, jeśli chodziło o jego wiedzę. - O wszystko? No, nie jestem pewien, czy będę w stanie cię zadowolić... - Powiedział tonem, w którym rozbawienie mieszało się z zakłopotaniem. - Ale dziękuję za komplement. Miło wiedzieć, że cię nie zanudzam. Wydaje mi się jednak, że jeśli chodzi o niektóre tematy, masz o wiele większy zasób wiedzy. - Zmrużył lekko oczy i spojrzał na blondyna z uśmiechem. - Ja też lubię słuchać. - To była pewnego rodzaju zachęta i komplement w jednym. Był na przykład pewny, że Laurent wiedział o wiele więcej o magicznych zwierzętach, niż Kayden. Brunet był ciekawy, o czym jeszcze mógłby z Laurentym porozmawiać. Co go interesowało. Co wprawiało w zachwyt, a czego nie znosił. Delacour zaczynał być coraz bardziej zaintrygowany jego osobą, a głód wiedzy sprawiał, że jego wcześniejsze rozterki moralne wydawały się mniejsze od szpilki.
- Oh, doskonale zdaję sobie z tego sprawę. - Zachichotał, ale nie dopytywał. Postanowił na chwilę zostawić włóczkę i być może wrócić do niej potem. Takie przekomarzanki były chyba jego ulubionym rodzajem flirtu, bo rzeczywiście, utrzymywały relację w tym miłym rodzaju napięcia. Takim, które pozostawiało niedosyt i aż chciało się spotkać ponownie. Kayden był w tym wypadku niesamowicie cierpliwy. Tylko co zrobić, jak już odkryje się wszystkie tajemnice? Co trzymało na dłużej, skoro już ciekawość została zaspokojona? Czy trzeba było znaleźć jakąś nierozwiązywalną zagadkę, żeby - jak te marzenia - była zbyt wysoko, by ją dosięgnąć?
- Tak, jest to... deprymujące. - Widział tą krzywdę, jaką powodowały takie osądy i, mimo że nie dotyczyło go to bezpośrednio, to on również był z tego niezadowolony. Stoisz obok i widzisz, co się dzieje... a później zastanawiasz się, dlaczego właściwie nie jesteś traktowany tak samo, skoro twoja krew też nie jest taka czysta, jak mówią. Powstaje pęknięcie na lustrze, a z pęknięcia wyłażą wątpliwości. Zaczynasz podważać to, czego cię dotychczas uczono. Do czego byłeś przyzwyczajony. Dzięki temu pęknięciu Kayden otworzył oczy, a to, co widział, wcale mu się nie podobało. Pokręcił głową z uśmiechem. - Karmisz pychę, uważaj z tym. - Zażartował i choć słowa Laurentego brzmiały naprawdę miło i subtelnie jak melodia wody, wolał być raczej tym, który te komplementy dawał, a nie przyjmował. Wystarczająco arogancki i narcystyczny był za czasów młodości, nie chciał do tego wracać.
Usiadł obok niego na ławce, uśmiech mu nieco zelżał. - Czyli to nie z francuskiego się śmiejesz, tylko z mojego francuskiego. Rozumiem... - Odchylił się plecami na oparcie ławki i zaczął błądzić spojrzeniem po uliczkach. Później wrócił nim do blondyna, wpatrując się nieco bezwiednie w targane lekkim wiatrem, jasne włosy. W srebrnych oczach była zaduma. Podobało mu się to, z jaką łatwością przychodziła mu rozmowa z Prevettem. Zarówno ta poważna, filozoficzna, jak i lekka, zabarwiona żartami i śmiechem. Taki złoty środek. Zastanawiał się nad tym, dlaczego miał wrażenie, że mógł z nim rozmawiać dosłownie o wszystkim. Taki lukrecjowy urok? Może był po prostu osobą na tyle otwartą, że łatwo mu było dostosować się do rozmówcy? Tacy ludzie byli naprawdę rzadko spotykani, a przynajmniej on nie natknął się na wiele takich osób. Złocisty owoc jabłoni, wśród zwyczajnej czerwieni.
![[Obrazek: qEyGuHF.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=qEyGuHF.gif)