Na ułamek sekundy przymknął powieki i ledwo powstrzymał się od przewrócenia oczami, kiedy zza pleców dotarł do niego jakby znajomy głos, a po chwili przed oczami ukazał się nie kto inny, jak właśnie rzeczony pupilek Geraldine. Fletcher zawsze na czas. Zawsze gotowy wtrącić swoje trzy grosze, o które nikt go nie pytał.
Chociaż tutaj musiał się z nim zgodzić, nawet jeśli tylko we własnych myślach: Logan chętnie by go odizolował od co niektórych członków jego rodziny.
Albo od ludzi w ogólności.
— Co ty nie powiesz — skwitował obojętnie, tonem jawnie sugerującym, że akurat jego opinię Borgin ma w głębokim poważaniu.
Przynajmniej jedna Seraphina zachowywała się tutaj jak należało — może poza tym wyrywaniem mu kieliszka z dłoni, ale uwagę o tym miał zachować na później, kiedy już zostaną sami — z typową dla siebie, pełną gracji kulturą. Choć kiedy Logan przesunął spojrzeniem po jej twarzy i czujnych oczach, zaczął się zastanawiać nad czym teraz pracuje jej lotny umysł hazardzisty. I czy nie przyjdzie mu zapłacić rewanżu przedwcześnie, nawet jeszcze tego wieczora. Mimo to patrzenie na nią było przyjemne; jej włosy w kolorze blond potęgowały efekt całego tego groteskowego przebrania.
Zerknął krzywo na kuzynkę, z wyraźnym powątpiewaniem co do jej kondycji psychicznej, kiedy ta zaczęła dygać, tytułować Sreaphinę panną i używać tych poważnych, grzecznych formułek na powitanie. Dawno się nie widzieli — ale chyba nie aż tyle, żeby Geraldine mogła zmienić się aż tak bardzo, że zamiast polować na jakimś zapomnianym przez bogów zadupiu z butelką whisky w dłoni, bawiła się w salonową lwicę. I to jeszcze przy nim. Grymas zdegustowania na twarzy Logana nawet się pogłębił, kiedy Geraldine pocałowała swojego chłoptasia na ich oczach. Obrzydliwe.
Faktycznie nie znał go osobiście, ale kojarzył z opowieści na tyle, żeby sobie wyrobić o nim opinię, która teraz mogła wreszcie zostać skonfrontowana z rzeczywistością. Zamiast komentować, skinieniem głowy wskazał na elegancki strój Fletchera.
— Bardzo mi p r z y k r o. — Ton głosu Borgina wskazywał coś zupełnie odmiennego. — Sowa z zaproszeniem pewnie nie dotarła na czas? — zapytał, ale on też nie zamierzał czekać na odpowiedź Fletchera, który według niego trochę za bardzo się szarogęsił jak na jedynego na sali czarodzieja spoza czystokrwistych rodzin. Nawet sympatia, jaką darzył kuzynkę nie mogła go powstrzymać, więc kontynuował swobodnie: — Zdarza się. Mam tylko nadzieję, że jedna zagubiona sowa nie pokrzyżuje twoich planów na udział w polowaniu. W końcu ostatnie opady deszczu nie mogły rozmiękczyć ziemi po zimie na tyle, żeby nie dało się po niej chodzić w płytkich butach.
Fałszywy uśmiech nie miał być nawet próbą pozorowania uprzejmości. Logan chciał zerknąć na swoją towarzyszkę — w końcu ona nie będzie miała wcale łatwiej, ale przecież nie pisała się na to sama — i wtedy kątem oka wychwycił znajomą twarz.
Stop.
Wróć.
Co ona tutaj robi? Mózg przez chwilę odmawiał mu posłuszeństwa, a wszystkie próby powiązania Lestrange z przyjęciem bliźniaków były skazane na porażkę. Nie widzieli się pięć lat, a teraz wpadał na nią drugi raz w tym samym tygodniu? Żałosny zbieg okoliczności. Jedynym względnym pocieszeniem było, że na przyjęciu mogli się minąć bez zamienienia chociaż jednego słowa. Z tą myślą Logan zawiesił spojrzenie na Seraphinie.
— Nalać ci więcej? Przyda się — rzucił, kpiną tuszując swoje chwilowe zawieszenie. Akurat wtedy na salę wszedł skrzat z czerwonym winem, więc Logan położył dłoń na ramieniu Seraphiny i krótkim skinieniem wskazał w tamtą stronę.
just wanna bury them