Otrzymane od kuzynki zaproszenie było niemałym zaskoczeniem. Nie dlatego, że uważała ich kontakt za zbyt słaby. Były sobie bliskie już od czasów szkolnych, nawiązując nić porozumienia pomimo kategorycznego sprzeciwu rodziców. Orville i Jacqueline nie należeli do tych zgodnych rodzeństw, które wspierają się na każdym kroku czy chociażby z czystej grzeczności zapraszają się na rodzinne uroczystości. U Delacourów nigdy nie mówiło się o Leroux; o tym, że ma rodzinę inną niż Prewettowie Elaine dowiedziała się dopiero na pierwszym roku Hogwartu, przyjmując tę wieść z pełnym zaskoczeniem, jak i entuzjazmem. Jakież było jej rozczarowanie, gdy dzieląc się tą rewelacją z ojcem, została zrugana, tak czerwonego ze złości papy jeszcze nigdy nie widziała. Późniejsza śmierć seniora podsuwała dziewczynce wyrzuty sumienia. Uważała siebie za winną wypadkowi, utwierdzała w przekonaniu, że powinna była nigdy nie poruszać tego tematu.
- Dziękuję, że zgodziłeś się przyjść - zwróciła się do Atreusa, kiedy krocząc w stronę wejścia do domu, spojrzała na niego z ukosa. Nie lubiła przyznawać się do żadnych słabości, ale jego obecność, nawet jeśli bywała problematyczna, dodawała dziś Delacour otuchy. To nie Yaxleyów się obawiała, a Rene Leroux - męża ciotki, której nigdy nie miała okazji poznać, a której niepochlebnych opinii o Orville Delacour była całkowicie pewna. Odchrząknęła nagle i wyprostowała plecy, a spojrzenie ciemnych oczu stało się nagle bardziej wyniosłe. - To znaczy… Dziś rachunek będzie wyrównany. Koniec przysług. - Bo czy nie tak traktowali towarzyszenie sobie wzajemnie podczas kolejnych przyjęć? Za nic w świecie nie pojawiłaby się w rezydencji Longbottomów, a mimo to zgodziła się dla Atreusa zrobić wyjątek. ”Musimy zachowywać się jak normalna para”, brzęczało jej wciąż w z tyłu głowy, kiedy z niezadowoleniem przeglądała garderobę w poszukiwaniu czegoś odpowiedniego. Szczęśliwie w przeciwieństwie do balu charytatywnego, tu nie trzeba było stroić się w długie sukienki i drogą biżuterię. Kreację Elaine stanowiły czarne spodnie z wysokim stanem, beżowa koszula z ozdobnym kołnierzem i krótka marynarka. W takim stroju łatwiej jej będzie poruszać się po terenie polowania, nawet jeśli zamierza pełnić wyłącznie funkcję wsparcia i potencjalnego uzdrowiciela dla tych, którym za bardzo będzie zależeć na tym, by się wykazać.
Wchodząc do środka rozejrzała się niepewnie po zebranych, próbując odszukać znanych sobie twarzy, w tym panny Leroux, której nie-wątpliwe szczęście mieli dzisiaj świętować. Nie posiadając krewniaczki w zasięgu wzroku, już miała odwrócić się do Atreusa, kiedy ze zdumieniem spostrzegła Seraphinę Prewett, z trudem powstrzymując się przed opuszczeniem szczęki. Zamrugała kilkakrotnie, nie mogąc uwierzyć, że kuzynka wystroiła się w coś podobnego. Słynęła z zaskakujących pomysłów i szokowania towarzystwa, ale żeby w taki sposób?
- Zaraz zemdleję… - mruknęła tylko do Atreusa, którego naraz ujęła pod ramię, tym razem już nie dla sztucznych uprzejmości, a z powodu prawdziwego braku tchu. Czy naprawdę akurat dzisiaj, kiedy zamierzała wmieszać się w tłum i być przykładną częścią rodzinnej społeczności, kuzynka zdecydowała się odstawić taki numer?! - Czyj to był pomysł? - dopytała zaraz ściszonym tonem, nie chcąc, by błąkająca się w nim złość wskazała bezpośrednio, że zła może być na Bulstrode’a - no bo kto, jeśli nie on, podsunąłby coś takiego Prewettównie?