07.11.2022, 19:39 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.11.2022, 21:55 przez Adelard Longbottom.)
Spóźnienie zwykle świadczyło o braku szacunku do drugiej osoby albo po prostu o kiepskich manierach. Adelard nie chciał okazywać brak szacunku do gospodarzy dzisiejszego balu ani tym bardziej brak dobrych manier. Miał konkretne powody, by spóźnić się na bankiet. Miał też nadzieję, że zostanie mu to wybaczone. Już z daleka powitał go widok rozświetlonej posiadłości Longbottomów. Przeczucie podpowiadało mu, że w środku panował spory ruch. Nie znał dokładnej liczby zaproszonych gości, lecz zakładał, że im więcej osób zaszczyci Longbottomów swoją obecnością, tym większe szanse na to, że aukcja osiągnie duży sukces. Alkohol, smaczne jedzenie, muzyka, miła atmosfera oraz możliwość posłużenia się szlachetnej sprawie mogły wprawić w dobry nastrój niemal każdego. A wprawieni w dobry nastrój goście znacznie chętniej wydawali swoje galeony. Gdyby w owej chwili pozwolił sobie na cynizm, zastanawiałby się ilu z nich chciało poprzez udział w aukcji charytatywnej uciszyć własne sumienie. “Gdyby” było tu kluczowym słowem. Postanowił zawczasu, że na daruje sobie na czas przyjęcia cierpkie przemyślenia. Podjęcie takiej decyzji przyszło mu na tyle łatwo, że nie był z natury cynikiem. Jeszcze się w niego nie zmienił. Zdecydował, że odpręży się i spokojnie spędzić ten wieczór z innymi gośćmi. Bez doszukiwania się w każdych z nich ukrytych motywów pojawienia się na balu.
- Spóźnieni, ale na miejscu - powiedział do swojej towarzyszki.
Chwycił ją za rękę. Nie za mocno i nie za delikatnie. Wystarczająco. Na tyle, by poczuła jego zdecydowanie i pewność siebie. Niespiesznie ruszył w kierunku drzwi wejściowych. Przy wejściu stało jedynie kilku pracowników ochrony, co oznaczało, że naprawdę był z małżonką jednym z ostatnich gości. Ochroniarze sprawdzili zaproszenie. Najwyraźniej nie budziło ono żadnych zastrzeżeń, podobnie jak eleganckie wieczorowe stroje. Mógł śmiało wejść wraz z Faye do środka. Bez większego zaskoczenia odkrył, że salon i jadalnia przekształciły się w salę bankietową. Usunięto z nich większość mebli, by pomieścić wszystkich zaproszonych. Nie zamierzał jednak spędzić wieczoru na tkwieniu w progu i wyszukiwaniu znajomych lub nieznajomych twarzy. Przybył późno, ale nie dość późno, by nie zdążyć na najważniejszą część balu. Ze sceny dobiegał głos Brenny, która oficjalnie witała swoich gości.
Mocniej ścisnął dłoń Faye. Za mną. Zmierzając w głąb pomieszczenia odruchowo wysunął się lekko do przodu. Tak jakby chciał utorować własnym ciałem bezpieczną drogę dla małżonki i ochronić ją przed gośćmi, którzy przez własną nieostrożność mogliby na nią wpaść. Na szczęście osoby przy którym się zatrzymał były bardziej zainteresowane przemową gospodyni niż kręceniem się w tłumie. Za to kelnerzy niestrudzenie roznosili szampana. Adelard zręcznie pochwycił z tacy dwa kieliszki. Jeden wręczył Faye.
- No, proszę. Załapaliśmy się jeszcze na pokaz talentu oratorskiego moich kuzynów - pochylił się na nią, owiewając ciepłym oddechem. Może nie widziała jego uśmiechu, ale z pewnością słyszała rozbawienie w jego głosie. Brenna skończyła mówić i przekazała pałeczkę Erikowi. Starszy Longbottom ładnie nawiązał do poczucia jedności i naprawiania świata. Czy jego przemówienie trafiło do paru serc? Któż to zgadnie. Przynajmniej podrzucił im dobry powód do wzniesienia pierwszego toastu.
- Spóźnieni, ale na miejscu - powiedział do swojej towarzyszki.
Chwycił ją za rękę. Nie za mocno i nie za delikatnie. Wystarczająco. Na tyle, by poczuła jego zdecydowanie i pewność siebie. Niespiesznie ruszył w kierunku drzwi wejściowych. Przy wejściu stało jedynie kilku pracowników ochrony, co oznaczało, że naprawdę był z małżonką jednym z ostatnich gości. Ochroniarze sprawdzili zaproszenie. Najwyraźniej nie budziło ono żadnych zastrzeżeń, podobnie jak eleganckie wieczorowe stroje. Mógł śmiało wejść wraz z Faye do środka. Bez większego zaskoczenia odkrył, że salon i jadalnia przekształciły się w salę bankietową. Usunięto z nich większość mebli, by pomieścić wszystkich zaproszonych. Nie zamierzał jednak spędzić wieczoru na tkwieniu w progu i wyszukiwaniu znajomych lub nieznajomych twarzy. Przybył późno, ale nie dość późno, by nie zdążyć na najważniejszą część balu. Ze sceny dobiegał głos Brenny, która oficjalnie witała swoich gości.
Mocniej ścisnął dłoń Faye. Za mną. Zmierzając w głąb pomieszczenia odruchowo wysunął się lekko do przodu. Tak jakby chciał utorować własnym ciałem bezpieczną drogę dla małżonki i ochronić ją przed gośćmi, którzy przez własną nieostrożność mogliby na nią wpaść. Na szczęście osoby przy którym się zatrzymał były bardziej zainteresowane przemową gospodyni niż kręceniem się w tłumie. Za to kelnerzy niestrudzenie roznosili szampana. Adelard zręcznie pochwycił z tacy dwa kieliszki. Jeden wręczył Faye.
- No, proszę. Załapaliśmy się jeszcze na pokaz talentu oratorskiego moich kuzynów - pochylił się na nią, owiewając ciepłym oddechem. Może nie widziała jego uśmiechu, ale z pewnością słyszała rozbawienie w jego głosie. Brenna skończyła mówić i przekazała pałeczkę Erikowi. Starszy Longbottom ładnie nawiązał do poczucia jedności i naprawiania świata. Czy jego przemówienie trafiło do paru serc? Któż to zgadnie. Przynajmniej podrzucił im dobry powód do wzniesienia pierwszego toastu.