Ubrania dostał po ojcu Heather. Znalazł zaklęcia, dzięki którym dopasował je do swojego rozmiaru. Pan Wood bez problemu je oddał, bo były już niemodne. Marquez wyglądał więc jak miłośnik stylu vintage, chociaż od tyłu można było pomylić go ze staruszkiem. Siwe włosy idealnie pasowały do tego wizerunku, chociaż przerażająca twarz dziecka już nie.
Leżał sobie w tych paskudnych ubraniach i ciemnym płaszczu, zapominając o otaczającym go świecie. W pewnym momencie usłyszał kroki. Myślał, że to ptaki. Może sarenka. Dopiero przypomniawszy sobie o niezidentyfikowanych stworach w Kniei, momentalnie otworzył oczy, a ciało przygotowało się do ewentualnej obrony. Palce powoli wyciągnął w stronę kieszeni, gdzie spoczywała różdżka. Nasłuchiwał.
Ostrożne kroki w jego stronę raczej nie były wykonane przez chcącego go pożreć potwora. Odchylił trochę głowę do tyłu i dostrzegł mężczyznę odzianego w czerń. Momentalnie uśmiechnął się szeroko.
— Dzień dobry — przywitał się grzecznie. — Jak dobrze, że to pan, bo przez chwilę myślałem, że może jednak ten tajemniczy potwór mnie nawiedził. Jakże nieodpowiedzialnie z mojej strony, że tak sobie tu leżę, czyż nie? Ale tak miło odpocząć sobie z dala od miasta. Nigdy wcześniej nie miałem takiej potrzeby, ale do tej pory w Londynie nie przebywałem tak długo i nie odczułem braku przestrzeni. Jakże przykre są duże miasta. Może powinienem się przeprowadzić, jak pan sądzi? Czy Dolina Godryka jest miłym miejscem do życia?
Nie wstał, nawet nie usiadł. Splótł ręce na piersi i przekrzywiając głowę, wpatrywał się w czarodzieja swoimi złocistymi ślepiami. Jego skóra była dziwnie sina, oczy podkrążone, a twarz zroszona świeżym uśmiechem.