Dla Laurenta wiedza była wszystkim. Od samego początku nauki w Hogwarcie dzielnie rył z nosem w książkach i starał się wieść prym w swojej dziedzinie. Kiedy był dzieckiem, a potem zmienił się w tego legendarnego "dorosłego" okazało się, że książki jedno, rzeczywistość drugie, a w tym wszystkim jeszcze była jedna niewiadoma - ludzie. Ich też należało się nauczyć. Poznać ich schematy zachowań, działania, sposób myślenia, odczuwania. Cały czas się uczył i nie przestawał. Bez tej wiedzy nie byłby tu, gdzie jest. Tak jak Elaine nie znajdowałaby się pewnie jako akrobatka w cyrku, tak giętko wyginając swoje ciało, że Laurent nie był pewien, czy bardziej to podziwiał, czy bardziej go to przeraziło, co zobaczył. Czy ty posiadasz kości? Takie pytanie nasuwało się samo na siebie, ale go nie zadał. Jeszcze nie. Bo jeśli ta znajomość potoczy się dalej, to zobaczenie, co potrafi z tym ciałem robić... Och... Gdyby sytuacja i spotkanie było bardziej sprzyjające pewnie Laurent by pobiegł swoimi myślami tam, gdzie być może nie powinien. Na razie był zbyt zdumiony, zszokowany i próbował jakoś swoją rzeczywistość poukładać w odpowiedniej formie. Hm, nie. W JAKIEJKOLWIEK formie. Jego twarz przyozdobił zdziwiony, delikatny uśmiech, kiedy Elaine jak gdyby nigdy nic wypaliła, że przecież potrafi spacerować - nauka jej do tego nie potrzebna. I może to było całkowicie proste, dziecinnie proste wręcz myślenie, a jednak dotknęła serca Laurenta w tej prostocie. Jaki człowiek byłby wolny, gdyby nie musiał tyle pracować na to wszystko? Jak wiele kroków mógłby zrobić, nie tonąc w nauce, nie tonąc w papierach? Co za piękna wizja... Chyba widział przed sobą fenomen wśród ludzi.
- A panicz rozumie? - Zwrócił się duch do blondyna, przefruwając bliżej niego. - Nauka to potęgi klucz. Każdy młody człowiek powinien się uczyć. - Laurent nie był pewien, czy ten duch był o pełnych zmysłach. Ale... jaki duch był? Dziesiątki lat już nie żył, kręcił się po cmentarzu, kto wie, komu zatruwał jeszcze życie? Pewnie nie jemu i nie jej pierwszej.
- Owszem, edukacja jest istotna, ale najwyraźniej panienka sobie świetnie radzi bez niej w spacerowaniu po świecie. - Duch nie był zbyt uprzejmy, a chociaż Laurent nie wyznawał zasady pod tytułem "traktuj drugą osobę jak ona cię traktuje" to trzeba przyznać, że był dość zirytowany tym, co mu tutaj zgotowano tego dnia. I zmęczony. Na przejrzystej, poparzonej twarzy mężczyzny pojawiło się niezrozumienie, a nawet - poszukiwanie odpowiedzi na jakieś pytania, które zaczęły krążyć w jego głowie.
- Za moich czasów inaczej to wyglądało, inaczej...
- Nie... niestety ich nie...
- Aaaplpeleple... ja jeszcze nie skończyłem mówić! - Duch wyciągnął palec w kierunku Laurentego, usiadł na... usiadł na czymś, może na krześle? Cholera wiedziała, krzesła żadnego tu nie było. A szczególnie żadnego lewitującego. I zaczął opowiadać. O tym, jak się narodził, jak to jego życie mijało, a co się działo, a że żona, a dzieci, a... pełno wszystkiego. Zalew kompletnie bezużytecznej, niepotrzebnej mu do niczego wiedzy. I Elaine pewnie też nie.
- ... nie złapali. - Powiedział ciszej do Elaine, pochylając się do niej, żeby duch mógł po prostu mówić. Najwyraźniej tego potrzebował. Frustrujące, ale... ach. Nie kosztowało go wiele wysłuchanie tego, prawda? - Szukałem cię... Elaine. Dobrze pamiętam, prawda? - Utknęło mu to dźwięczne imię w pamięci, choć chyba nazwisko też podawała. Gdyby je miał, znalezienie jej pewnie byłoby trochę łatwiejsze, ktoś może w końcu by go naprowadził na ich cyrk. - Chciałem ci podziękować. Uratowałaś mi życie i... nawet nie wiem, jak mógłbym się odwdzięczyć. - Ach, szukał jej, a nawet nie wziął żadnej bombonierki, kwiatów... jakie to tanie w zamian za to, co otrzymał od niej - druga szansa. Możliwość, żeby żyć dalej i walczyć.