03.09.2023, 19:25 ✶
Czyżby jedna z przodkiń Rosierów była legendarną złą królową? Macochą pięknej księżniczki, która powinna umrzeć, by nie przyćmiewać urodą swej pani? Jane nigdy nie łączyła ich z tymi baśniami, ale gdyby się nad tym głębiej zastanowić, wiele mugolskich historii brało swoje źródła ze świata magii. Nie żeby kiedykolwiek miała ochotę to roztrząsać. Rzadko zdawała się mieć czas na zebranie własnych myśli, a co dopiero na wędrówkę po zakamarkach podświadomości, gdzie skrywały się wspomnienia z dzieciństwa i wczesnej młodości. Nic więc dziwnego, że pojawienie się Christophera sprawiło, że zadrgała jej brew, a wnętrze zdawało się kipieć ze złości, że przerwał jej te minuty delektowania filiżanką herbaty. Twarz pozostawała jednak wciąż niewzruszona, by nie zdołał się zorientować, że jego towarzystwo wpływało na nią aż tak intensywnie.
- Mugolska sierota, mająca wiedźmę za matkę chrzestną. Czarownica transmutowała warzywa w potrzebne jej przedmioty i przeklęła zwierzęta, by stworzyły dla niej najpiękniejszą kreację, by zdobyła księcia na balu - wyjaśniła mu pomiędzy kolejnymi łykami cierpkiej herbaty. - Farmazony dla dzieci, jeśli mam być szczera, aczkolwiek jako gryzoń pewnie lepiej władałbyś igłą. Dostrzegałbyś z bliska każdą wystającą nitkę - próbowała go dalej przekonać, muskając palcami drugiej dłoni różdżkę, która wciąż spoczywała na jej kolanach po zabiegach wykonanych na twarzy jego matki. Kącik jej ust wygiął się w delikatnym uśmiechu, świadczącym o tym, że (prędzej czy później) pewnie spróbuje spłatać mu psikusa tego rodzaju. Zależało to wyłącznie od tego, jak bardzo zagra jej na nerwach.
- Nie uważam sukni z wieszaka za barbarzyństwo. W końcu ktoś też włożył w to pracę - zauważyła i zlustrowała go wzrokiem, zastanawiając się nad jego reakcją. Zdawała sobie sprawę, że jego projekty były tym, czego pożądała każda czarownica, nieważne czy bogata, czy biedna. I tylko wybrane mogły się pochwalić posiadaniem w szafie jednej z kreacji Rosiera. Tyle że Jane nie chciała być jedną z tych osób.
Palce mimowolnie zacisnęły się na różdżce, gdy dopiła ostatni łyk herbaty, choć wcale nie zamierzała jej użyć na Christopherze. Zamiast tego przywołała do siebie dzbanek herbaty, na szczycie której pływał złożony z jej liści kwiat.
- Masz ochotę? - spytała, stukając różdżką w naczynie, choć zamiast na nie, patrzyła na mężczyznę. - Twoja matka mogłaby tym napoić całą Pokątną i jeszcze by zostało. Swoją drogą, nie widziałam dziś twojej asystentki, choć spędziłam z Analise dwie godziny. Może lepiej byś na tym wyszedł, mając przy sobie domowego skrzata?
Nie lubiła go, odkąd tylko go poznała. Pozostawała jednak uprzejma, bo tak ją wychowano. Poza tym nie wypadało nagle wyjść, gdy w pobliżu nie było właścicielki przybytku, a przecież madame Rosier ją tutaj zostawiła.
- Mugolska sierota, mająca wiedźmę za matkę chrzestną. Czarownica transmutowała warzywa w potrzebne jej przedmioty i przeklęła zwierzęta, by stworzyły dla niej najpiękniejszą kreację, by zdobyła księcia na balu - wyjaśniła mu pomiędzy kolejnymi łykami cierpkiej herbaty. - Farmazony dla dzieci, jeśli mam być szczera, aczkolwiek jako gryzoń pewnie lepiej władałbyś igłą. Dostrzegałbyś z bliska każdą wystającą nitkę - próbowała go dalej przekonać, muskając palcami drugiej dłoni różdżkę, która wciąż spoczywała na jej kolanach po zabiegach wykonanych na twarzy jego matki. Kącik jej ust wygiął się w delikatnym uśmiechu, świadczącym o tym, że (prędzej czy później) pewnie spróbuje spłatać mu psikusa tego rodzaju. Zależało to wyłącznie od tego, jak bardzo zagra jej na nerwach.
- Nie uważam sukni z wieszaka za barbarzyństwo. W końcu ktoś też włożył w to pracę - zauważyła i zlustrowała go wzrokiem, zastanawiając się nad jego reakcją. Zdawała sobie sprawę, że jego projekty były tym, czego pożądała każda czarownica, nieważne czy bogata, czy biedna. I tylko wybrane mogły się pochwalić posiadaniem w szafie jednej z kreacji Rosiera. Tyle że Jane nie chciała być jedną z tych osób.
Palce mimowolnie zacisnęły się na różdżce, gdy dopiła ostatni łyk herbaty, choć wcale nie zamierzała jej użyć na Christopherze. Zamiast tego przywołała do siebie dzbanek herbaty, na szczycie której pływał złożony z jej liści kwiat.
- Masz ochotę? - spytała, stukając różdżką w naczynie, choć zamiast na nie, patrzyła na mężczyznę. - Twoja matka mogłaby tym napoić całą Pokątną i jeszcze by zostało. Swoją drogą, nie widziałam dziś twojej asystentki, choć spędziłam z Analise dwie godziny. Może lepiej byś na tym wyszedł, mając przy sobie domowego skrzata?
Nie lubiła go, odkąd tylko go poznała. Pozostawała jednak uprzejma, bo tak ją wychowano. Poza tym nie wypadało nagle wyjść, gdy w pobliżu nie było właścicielki przybytku, a przecież madame Rosier ją tutaj zostawiła.