Zabawa nie miała też najmniejszego sensu, kiedy byłeś tylko stroną, która daje, a która niczego nie odbiera. Laurent pragnął tego łakomego spojrzenia wilka. Chciał być tym, czym się właśnie stał - magnesem. Chciał mieć jego spojrzenie dla siebie - taki był zachłanny. Chciał jego oczu, chciał jego języka, chciał jego myśli. Takim sposobem dawał mu całego siebie. I nawet to serce, kiedy teraz biło, biło właśnie dla niego. Nie dla jakiejś dziewczynki z drogiej restauracji, która mrugała zalotnie rzęsami, nie dla innego mężczyzny, który mógłby go zauroczyć uśmiechem. Kayden mówił o karmieniu próżności - a Laurent właśnie karmił swoją. Łatał swoje własne kompleksy i czuł się piękny, bystry - jak odpowiedni puzzel wsunięty w układankę, dzięki czemu ta zachwycała swoim całym pejzażem. I to on nim był. Dla takich chwil mógł z siebie samego dawać wiele, wszystko. Mógł dać wszystko, czego tylko zażyczyłby sobie ten anioł o ciemnych, muśniętych wiatrem włosach. Oooch, chciał dotknąć tych kosmyków, chciał przesunąć po nich palcem, sprawdzić krzywiznę. Dotknąć znów miękkich poduszek ust. Zrobić to tak, jak dotyka się rzeźby. Poczułby dreszcz na własnej skórze, był tego więcej niż pewien. Modlić się i wielbić, sypiać płatki kwiatów i palić kadzidła. Ugościłby go wieczorem wśród satyny i rozpalonych świec.
- Uważasz to za zaletę? Ta pozorna pewność siebie. Albo szczera. Nie wiem. - Uśmiechnął się troszkę psotnie, ale wciąż z ciepłem, tworząc mieszankę doskonałą. Przecież wiedział. Istnieli ludzie, którzy nie mieli w ogóle pewności siebie. Laurent był świadom tego, jak reagowali na niego ludzie. Wiedział, że ich myśli skłaniają go do tego, żeby notowali obraz, jaki widzą, na słowa - że to aniołek. Niewinność, delikatność. Notowali miód. Wszystko zależało od tego, co chciało się im dać - ale w takich sytuacjach to o to chodziło. Wiedział, że jego oczy były największym atutem dla tych, których porywała jego uroda. Wiedział o tym, jak powinien ścinać włosy, by zachować niewinność, elegancję i by podkreślały jego delikatną twarz. Ubierał się też celowo w jasne rzeczy - to nie był żaden przypadek, nie była nawet kwestia gustu. Przyzwyczaił się do tego. Laurent potrafił kalkulować każdy swój krok, kiedy poruszał się wśród ludzi. Jeśli nie potrafisz dobrze analizować ludzi - nie jesteś w stanie planować. Zgubienie po drodze pewności siebie burzyło cały ten starannie przygotowany wizerunek. I jak sam uważał - tracił przy bliższym poznaniu. Było bardzo niewiele osób, które dopuścił do siebie blisko i pokazał, jakim naprawdę jest niepewnym, wrażliwym i pełnym strachu człowiekiem, który drżał w otaczającej go rzeczywistości. Ale pomimo to starał się żyć i dawać temu światu coś dobrego. - Dziękuję za komplement. - Było mu miło za tę pochwałę, owszem. - Takie sprawiam wrażenie? Że to spostrzegawczość wiedzie prym? - Zainteresował się. Tak, był też ciekaw, jak widziały go niektóre osoby. Takie jak Kayden właśnie. Co krążyło po jego głowie - chciał teraz łowić to wszystko. - Wiesz, co uważam, że wiedzie prym w tym wszystkim? Pozór, Kaydenie. - Uśmiechnął się enigmatycznie. - Pozór niewinności. Ludzie chcą być w gruncie rzeczy poznawani w tym pełnym kłamstw i aktorstwa świecie. W głębi serca każdy chce być otwierany, badany, delikatnie i z czułością. - Zdradził mu swój mały sekrecik. - Dopiero na drugim miejscu jest spostrzegawczość. Chociaż pewnie można nad tym dywagować. - Tak, to było bardzo cenne spostrzeżenie, jeśli o tym mowa, od strony Kaydena. - Zgadza się, analizuję ludzi. Bardzo dokładnie. Sprawdzam, co im się podoba. Czujnie się przyglądam, co wywołuje dreszcz. Uśmiech. Co wprawia w zamyślenie. Co powoduje zrobienie kroczku w tył. - I na wszystko były brane poprawki. Gdyby miał to rozpisać to chyba musiałby się posługiwać wzorami matematycznymi. Niektóre osoby by odstraszyło to, co powiedział i tak naprawdę wcale nie był do końca pewien, jak na to zareaguje sam Kayden. Ale gdyby nie obstawiał tego zakładu, że raczej go zaintryguje, niż odstraszy, to nie podjąłby tej partii pokera. Mówił to tym spokojnym, lekko przyciszonym tonem, nie jakby przekazywał wiedzę, a niemal jakby zdradzał sekret na ucho kochankowi. Bo to już nie było subtelne, co powiedział. Traciło na subtelności, ale zyskiwało na intymności. Niektórych podniecała możliwość dotknięcia czyjegoś umysłu, czyjejś duszy. Najwyraźniej trafił swój na swego. Bo dla Laurenta to było naprawdę bardzo przyjemne doznanie, które mu Kayden fundował.
Jakże niewinnie Laurent uniósł dłoń do policzka, lekko zarumienionego na ten delikatny komplement o pięknym uśmiechu. Prosty, niby banalny komplement. Ale przecież był tak sympatyczny... szczególnie, kiedy Kayden spoglądał na niego w ten sposób. I też jak niewinnie obrócił wzrok od jego oczu. Lecz nie, nie było w tym w gruncie rzeczy krztyny niewinności. Laurent to robił z premedytacją. Chociaż w żadnym razie jego reakcja nie była nieszczera czy udawana.
- Już mi lepiej, dziękuję. Złapałem kilka oddechów. - Zapewnił. Nie chciał spędzić teraz całego czasu na ławce, chciał zobaczyć kawałek tego miasta choooć... chyba trochę oszukiwał samego siebie. Nie był zainteresowany ani Marsylią, ani jej obiadem. Natomiast cieszył się z tego, że podczas tego obiadu będzie miał towarzystwo. Jedzenie nie wychodziło mu najlepiej od dwóch dni. - Prowadź, mój francuskojęzyczny kompanie. - Zachęcił go, podnosząc się z ławki. Pokręcił lekko głową na jego słowa, że mogą wrócić na statek. To było słodkie, ale Laurent naprawdę chciał być w ruchu. Chciał zajmować myśli, nie chciał się zatrzymywać. Myśleć. Kąciki ust delikatnie mu zadrżały i trochę bez kontroli ujął jedną dłoń w drugą przed sobą, pocierają ją kilka razy. - Cóż... najpierw przez napad trafiłem w ciężkim stanie do Świętego Munga, a dwa dni później... dwa dni później... - Dłonie mu zadrżały, ale tylko trochę. Starał się je kontrolować. - Niestety padłem ofiarą zabójcy. Seryjnego mordercy, jak się okazuje. Na całe szczęście mało skutecznego. - Starał się o tym mówić jak najbardziej swobodnie, być i czuć się z tym jak najbardziej swobodnie. Ale widać było, że nawet wspomnienie o tym sprawiało coś bardzo niedobrego w jego osobie. Przykurczył trochę ramiona, drżały mu nieszczęśliwie te dłonie, jego klatka piersiowa zaczęła mocniej pracować. - Tak więc... przepraszam, ach, cóż... - Przymknął oczy w uśmiechu, spoglądając na Kaydena. Miał naprawdę nadzieję, że nie nadwyrężył tym cierpliwości mężczyzny.