Elaine lubiła wiedzę, którą ktoś jej przekazał, lub przeczytał, ale nie czuła ujmy na honorze, że nigdy nie chodziła do szkoły, że nie nauczyła się czytać. Przeszkadzało jej to, że nie mogła sama zdobyć wiedzy przez brak znajomości liter w słowach pisanych, ale nie było to coś przy czym załamałaby się i nie wychodziła na spacery. Szkoła nigdy nie była jej potrzebna, aby poznawała ludzi, aby się czegoś nowego nauczyła. Uczyła się na ulicy i nauczyciele nie byli jej potrzebni. Była sama swoim nauczycielem – nie koniecznie lotnym, ale była. Poznawała świat na swój własny sposób i na swój sposób się go uczyła. Duch też jej szczególnie mocno nie zranił wypominając jej, że nauka jest potęgą. Jakby poszła do szkoły nigdy nie nauczyłaby się tych wszystkich rzeczy, które robiła ze swoim ciałem, widziała nie raz zazdrość w niektórych oczach kobiet i podziw w oczach mężczyzn zapewne nie taki jaki młoda dziewczyna chciała poznawać w okresie swojego dorastania. Teraz jednak nie była już dzieckiem, potrafiła swoją urodę przekształcić w potęgę i nauka nie była jej do tego potrzebna. Gotowania nauczyła się od innych osób, przepisów uczyła się na pamięć, robiła notatki za pomocą rysunków. Może kiedyś uda jej się poznać osobę, która nauczy ją czytać i pisać, a wtedy zrobi dania ze swojej starej księgi kucharskiej, którą ukradła z biblioteki i zrobi te przepisy tak jak powinna, a nie tylko patrząc na rysunki.
Wzruszyła ramieniem na niezrozumienie ducha. Widocznie sam nie był zbyt mądry skoro nie potrafił pojąć, że ludzie mogą spacerować bez wiedzy o tym, że dana Starożytna Runa oznacza to, a jakiś lelek bolelek może ci zrobić krzywdę (tak wymyśliła tego bolelka, ale denerwowała ją hipokryzja innych osób).
– Ale ja się uczę, nie potrzebuję do tego szkoły, ani czytania – dodała jeszcze, a potem duch zaczął gadać i nie pozwolił im dojść do słowa. Dziewczyna stanęła obok Laurenta unosząc brew ku górze. Cóż za zadziwiająca istota, gdy chłopak pochylił się do niej i powiedział jej cicho o tym, że nie złapano nicponi spojrzała na niego z lekką obawą. Szkoda, mogą teraz zrobić komuś innemu krzywdę.
– Masz kuchnie? – wypaliła szeptem, aby duch nie zwrócił uwagi, że go nie słuchali. Patrzyła na blondyna z taką prostotą w oczach jakby to było najbardziej normalne pytanie na świecie, jakby ludzie zawsze chodzili po ulicy i zamiast dzień dobry pytali o posiadanie kuchni w domu. Elaine była w tym pytaniu całą sobą, prostą i szczęśliwą osobą, prostą i pewną siebie istotką, małą akrobatką, która ratuje chłopców z opałów. – Pozbierajmy trochę tych jabłek i chodźmy stąd. Zrobię nam jabłecznik – powiedziała równie pewnie co wcześniej. W głosie Elaine była prostota płynąca z serca i umysłu. Była idealnym przykładem osoby, która wiedziała czego chciała i jak chciała spędzić czas z obcym chłopcem nie myśląc o konsekwencjach. Może to właśnie były te braki w edukacji? Nie zasiano w niej nieufności wobec obcych?