03.09.2023, 21:06 ✶
Conan zaczynał swój ostatni rok stażu w Departamencie Magicznych Gier i Sportów. Spędził kilka intensywnych lat robiąc za sowę dla szefów biur, przynosząc codziennie paszteciki dyniowe od najlepszej czarownicy w całym Londynie i intensywnie polerując starodawne gargulki. Oczywiście starał się spędzać najwięcej czasu w Brytyjskiej siedzibie Ligii Quidditcha. W końcu po to właśnie przyjął ten staż. Chciał się uczyć od najlepszych, znaleźć w końcu jakiś sens w swoim marnym, dorosłym życiu. Przynajmniej tak powtarzał mu jego ojciec. Musiał znaleźć sobie jakiś cel. Cokolwiek, by jego ojciec był z niego dumny... albo choć mniej zawiedziony.
Od rana miotał się z różnymi zadaniami, które musiał wykonywać z największym uśmiechem świata, ukazując jaki jest szczęśliwy ze swojej szansy. Był aktualnie jedynym stażystą w całym departamencie i choć ostatni rok miał spędzić na pomocy w przygotowywaniu tegorocznych finałów Ligi Quidditcha, każdy próbował go po raz ostatni wykorzystać. Zwłaszcza biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia, które nie przeszły bez echa przez jego departament. Nikt nie miał głowy do swoich własnych sprawunków.
Spędził ranek na ciągłych teleportacjach między kolejnymi punktami na swojej długiej liście przesyłek i przysług. Odebrał już szaty dla dziecka Pani Barnett, które za kilka tygodni miało wyruszyć na swój pierwszy rok w Hogwarcie. Przypilnował odpowiednie strzyżenie pary pufków Panny Selwyn. Odhaczył również przekazanie dziwnie ciężkiej i chyba szepczącej przesyłki dla samego szefa departamentu. Dostarczył nawet ważne wiadomości do kontaktów w Irlandii. Musiał się jeszcze tylko udać do jednego miejsca - Gladraga. Dostał niezwykle ważne zadanie, biorąc pod uwagę swój staż pracy. Miał skonsultować ofertę sponsorowania najbliższych meczy Ligi Quidditcha. Odczuwał ogromną ekscytację, ale również nutę strachu. Każdy w departamencie wiedział, że ostatnie wydarzenia mogły wpłynąć na zainteresowanie potencjalnych sponsorów. Nie każdy chciał się w tym momencie utożsamiać z Ministerstwem i jego "wartościami".
Od ciągłego przeskakiwania z miejsca na miejsce kręciło już mu się w głowie, a jego żołądek powoli zwijał się w mały supeł. Brakowało jeszcze jednego maksymalnie dwóch przeskoków, a wyląduje na środku Pokątnej bez majtek albo i ręki. Wziął głęboki wdech i zdecydował się odpocząć chwilę w pobliskiej kawiarni. Wkroczył do niej pewnym krokiem, przywołany wonią świeżych wypieków. Zamówił dużą herbatę, trzy dyniowe paszteciki i podwójną porcję sorbetu cytrynowego. Usadził się z całą swoją ucztą w ustronnym rogu kawiarni i zabrał za pałaszowanie.
Delektował się właśnie smakiem drugiego pasztecika, gdy usłyszał dziwnie znajomy głos. Poniósł wzrok znad talerza i spojrzał na blond chłopaka, który wpatrywał się w niego błękitnymi oczyma. Chwilę zajęło mu dopasowanie znajomych jasnych oczu z odpowiednim nazwiskiem. Przeżuł ostatni gryz, odchrząknął i wytarł tłuste ręce w spodnie garnituru, a następnie wstał niezgrabnie ze swojego siedzenia.
- Cześć... Laurent? - imię chyba pasowało do twarzy. Poszukał w mimice chłopaka oznak jakiegokolwiek swojego błędu, a gdy nie dostrzegł żadnego grymasu, trochę się rozluźnił. Uścisnął jego dłoń przyjaźnie i lekko skinął głową. Zamachnął się na wolne miejsce na przeciwko. - Siadaj! Z przyjemnością posłucham co tam u ciebie - chętnie powracał do relacji z czasów Hogwartu. Nigdy nie przyjaźnił się z Prewettem, ale każdą znajomość z młodych lat wspomniał pozytywnie. - Kończyłeś Hogwart rok po mnie, prawda? - zagadał, by się upewnić. Kojarzył jego buzię w towarzystwie herbu Slytherinu, ale nie wspomniał go ze swoich pierwszych dni w magicznej szkole.
Gdy już usiedli, odprężył się trochę. Oparł o siedzenie i dopiero dostrzegł tłuste plamy na swoich eleganckich spodniach. Poprawił się tak, by plamy częściowo zniknęły pod marynarką. - Może masz ochotę na pasztecik? - spytał, podsuwając rozmówcy ostatni wypiek. Jakoś nagle stracił apetyt.
Od rana miotał się z różnymi zadaniami, które musiał wykonywać z największym uśmiechem świata, ukazując jaki jest szczęśliwy ze swojej szansy. Był aktualnie jedynym stażystą w całym departamencie i choć ostatni rok miał spędzić na pomocy w przygotowywaniu tegorocznych finałów Ligi Quidditcha, każdy próbował go po raz ostatni wykorzystać. Zwłaszcza biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia, które nie przeszły bez echa przez jego departament. Nikt nie miał głowy do swoich własnych sprawunków.
Spędził ranek na ciągłych teleportacjach między kolejnymi punktami na swojej długiej liście przesyłek i przysług. Odebrał już szaty dla dziecka Pani Barnett, które za kilka tygodni miało wyruszyć na swój pierwszy rok w Hogwarcie. Przypilnował odpowiednie strzyżenie pary pufków Panny Selwyn. Odhaczył również przekazanie dziwnie ciężkiej i chyba szepczącej przesyłki dla samego szefa departamentu. Dostarczył nawet ważne wiadomości do kontaktów w Irlandii. Musiał się jeszcze tylko udać do jednego miejsca - Gladraga. Dostał niezwykle ważne zadanie, biorąc pod uwagę swój staż pracy. Miał skonsultować ofertę sponsorowania najbliższych meczy Ligi Quidditcha. Odczuwał ogromną ekscytację, ale również nutę strachu. Każdy w departamencie wiedział, że ostatnie wydarzenia mogły wpłynąć na zainteresowanie potencjalnych sponsorów. Nie każdy chciał się w tym momencie utożsamiać z Ministerstwem i jego "wartościami".
Od ciągłego przeskakiwania z miejsca na miejsce kręciło już mu się w głowie, a jego żołądek powoli zwijał się w mały supeł. Brakowało jeszcze jednego maksymalnie dwóch przeskoków, a wyląduje na środku Pokątnej bez majtek albo i ręki. Wziął głęboki wdech i zdecydował się odpocząć chwilę w pobliskiej kawiarni. Wkroczył do niej pewnym krokiem, przywołany wonią świeżych wypieków. Zamówił dużą herbatę, trzy dyniowe paszteciki i podwójną porcję sorbetu cytrynowego. Usadził się z całą swoją ucztą w ustronnym rogu kawiarni i zabrał za pałaszowanie.
Delektował się właśnie smakiem drugiego pasztecika, gdy usłyszał dziwnie znajomy głos. Poniósł wzrok znad talerza i spojrzał na blond chłopaka, który wpatrywał się w niego błękitnymi oczyma. Chwilę zajęło mu dopasowanie znajomych jasnych oczu z odpowiednim nazwiskiem. Przeżuł ostatni gryz, odchrząknął i wytarł tłuste ręce w spodnie garnituru, a następnie wstał niezgrabnie ze swojego siedzenia.
- Cześć... Laurent? - imię chyba pasowało do twarzy. Poszukał w mimice chłopaka oznak jakiegokolwiek swojego błędu, a gdy nie dostrzegł żadnego grymasu, trochę się rozluźnił. Uścisnął jego dłoń przyjaźnie i lekko skinął głową. Zamachnął się na wolne miejsce na przeciwko. - Siadaj! Z przyjemnością posłucham co tam u ciebie - chętnie powracał do relacji z czasów Hogwartu. Nigdy nie przyjaźnił się z Prewettem, ale każdą znajomość z młodych lat wspomniał pozytywnie. - Kończyłeś Hogwart rok po mnie, prawda? - zagadał, by się upewnić. Kojarzył jego buzię w towarzystwie herbu Slytherinu, ale nie wspomniał go ze swoich pierwszych dni w magicznej szkole.
Gdy już usiedli, odprężył się trochę. Oparł o siedzenie i dopiero dostrzegł tłuste plamy na swoich eleganckich spodniach. Poprawił się tak, by plamy częściowo zniknęły pod marynarką. - Może masz ochotę na pasztecik? - spytał, podsuwając rozmówcy ostatni wypiek. Jakoś nagle stracił apetyt.