Bądź co bądź, gdyby Erik miał cokolwiek do gadania w kwestii urlopu kuzynki, to wysłałby ją na takowy nawet wbrew jej woli. Nawet jeśli wyklinałaby go pod same niebiosa, kopała po kostkach i próbowała pogryźć w drodze do jednej z wielu wind, które znajdowały się w trzewiach Ministerstwa Magii. Longbottom nie należał wprawdzie do leniów, ale nie był też pracoholikiem. A to było już coś, biorąc pod uwagę, że jego rodzona siostra miała problem z tym, aby usiedzieć na miejscu.
Czy zdarzały się w przeszłości dni, gdy specjalnie zostawał po godzinach tylko po to, aby upewnić się, że Brenna czy ktokolwiek inny z jego krewnych nie zostanie w biurach Brygady Uderzeniowej na noc, aby do domu wrócić dopiero następnego wieczora? Oczywiście, że tak. Z czasem nauczył się jednak, że upartość była najwidoczniej w nich równie mocno zakorzeniona co poczucie sprawiedliwości i chęć pomocy ludziom w potrzebie. Kto wie, może tak naprawdę jedno nie mogło w nich istnieć bez tego drugiego?
Teraz jednak odczuwał ogromną ochotę na to, aby pozamykać całą rodzinę w posiadłości na cztery spusty. Wbrew rozsądkowi. Przecież byli potrzebni tutaj – na miejscu – a już zwłaszcza biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia w Dolinie Godryka. Nie mogli tak po prostu się odseparować i zacząć myśleć tylko o sobie. Nie zmieniało to jednak faktu, że mogli nieco zwolnić i pozwolić, aby tryby wielkiej machiny Ministerstwa Magii przeniosły ciężar ich obowiązków służbowych na resztę personelu. Nie musieli robić wszystkiego sami. Brenna nie musiała robić wszystkiego sama. Podobnie jak Mavelle.
— Dobrze. Porozmawiamy o tym w domu...? — Uniósł pytająco brwi. — Albo porozmawiacie. Jeśli będziesz czuła się na siłach i będziesz chętna. Ja... Ja tutaj wszystko domknę za ciebie. Nie musisz się o nic martwić.
Naprawdę wychodził z założenia, że lepiej było grać w otwarte karty, niż chować informacje, których źródła w gruncie rzeczy nikt nie mógł potwierdzić. Kto wie, co tak naprawdę mogło się zmienić w Mave i innych podczas wizyty w Limbo? Odprowadził kuzynkę do pierwszych drzwi, trzymając się w odległości kilku kroków, wodząc za nią zmartwionym spojrzeniem. To nie było sprawiedliwe, że musieli tyle znosić, gdy zewsząd spadały na nich kolejne ciężary. Tylko... Heh... Czy ktokolwiek mówił, że w tej pracy będzie łatwo, nawet biorąc poprawkę na ich dodatkową aktywność związaną z ochroną ich magicznej społeczności? No właśnie. To była już raczej któraś z kolei oznaka tego, że spokojny okres ich życia mógł już na dobre dobiegać końca, o ile nie zakończył się w chwili, gdy siły Czarnego Pana nie próbowały wypędzić ich z polany ognisk.
Myśl pozytywnie. Może jeszcze nie wszystko jest stracone, pomyślał Erik, starając się otrząsnąć z tych negatywnych dywagacji. W końcu dalej mieli po co żyć, a to już było coś, prawda? Poza tym... Poza tym czekało na nich jeszcze sporo roboty. Jak na przykład znalezienie tej przeklętej kobiety, która zapomniała o swoim dziecku. Longbottom wypuścił powoli powietrze z ust i udał się do swojego biurka. Jeśli ktoś musiał reprezentować dziś w biurze jego familię, to najwyraźniej będzie musiał to być on sam.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞