- Tak. Na klienta oczywiście, ale co mi po kliencie. Potrzebuję krytyków z prawdziwego zdarzenia! - O takich było zdecydowanie trudniej niżeli o klientów. Miała wrażenie, że wszyscy w jej otoczeniu tak bardzo kochają słodycze, że nie są w stanie podzielić się żadną konstruktywną krytyką, a szkoda. Norka musiała zaufać tylko i wyłącznie własnym zmysłom i przeczuciom i nimi się kierować. Póki co, szło jej to całkiem nieźle. Może powinno tak pozostać? Uśmiechnęła się do przyjaciółki, gdy usłyszała kolejne słowa padające z jej ust. Miód na serce panny Figg. Mimo swojego sporego apetytu i upodobań Brenna odczuwała różnicę. Jeśli ona ją czuła, to każdy inny musiał mieć podobnie. To było ważne, bardzo ważne, żeby wiedzieli, jak smakuje najlepsza jakość. - Bardzo dobrze. Może w kafeterii zechcieliby zmienić dostawcę pączków? - Norka zyskałaby stałych klientów, a Brenna mogłaby zadbać o swoje podniebienie. Sytuacja, w której każdy wygrywa.
Przystanęła na moment, gdy Longbottom wspomniała o tym, że jest zakaz wejścia do lasu. Nie słyszała o tym wcześniej, dobrze, że przekazała jej tę informację. - Zakaz wejścia do lasu? Dlaczego? - Próbowała połączyć fakty. Brenna pytała ją ostatnio o jakieś stworzenia. Może dlatego nie powinno się wchodzić do lasu? Skoro to coś zabiło ojca Danielle. Nie znaleźli go jeszcze, przynajmniej nic jej o tym nie było wiadomo. Zapewne zamieszkało w lesie, chociaż jaką mieli pewność. Zamknięcie lasu nie wróżyło nic dobrego.
- Masz rację, Erik jest niereformowalny. Jeszcze by to wziął do siebie i faktycznie pojawił się u mnie z tym wielkim stworzeniem. Trzeba uważać na słowa. - Pamiętała ich rozmowę o tym, że hipogryf nie jest idealnym prezentem dla jej córki. Bardzo trudno było mu wyperswadować ten pomysł z głowy. Miała wrażenie, że Erik i Brenna trochę prześcigają się w tym, kto kupi lepszy prezent dla Mabel. Nora musiała często pilnować, aby nie przesadzali. Z czasem nauczyli się trochę wybierać odpowiednie prezenty, co do wieku, wydawało jej się jednak, że gdyby mogli to uchyliliby Mabel nieba.
Figg zwinnie pakowała najpotrzebniejsze składniki. Co chwila sobie przypominała o czymś ważnym. Koszyk robił się coraz cięższy. - Tak, mam już idę. - Odparł jeszcze Tobias do Brenny po czym zniknął na zapleczu w poszukiwaniu śluzu gumochłona i soku z chrobotka. Pojawił się po dłuższej chwili ze skrzynką, w której znajdowały się słoiki z tymi ingredientami. Oznajmił swoją obecność głośnym uderzeniem skrzyni o ladę.
- Myślę, że mamy wszystko Brenn. - Nie spodziewała się nawet, że tak sprawnie im to pójdzie. - Jeśli mi czegoś zabraknie, to sobie zorganizuję. Naprawdę z tego co uzbierałam będzie można uwarzyć bardzo dużo. - Zamierzała rozpocząć produkcję już dzisiaj, przecież mikstury mogły się przydać lada dzień, a niektóre naprawdę wymagały sporo pracy i czasu.
Figg zbliżyła się do lady ze swoim koszyczkiem, który dzierżyła w ręce. Był on naprawdę ciężki, miała problem, żeby podnieść go i postawić na górze. Po dłuższej chwili się jej udało. Rozejrzała się jeszcze za sprzedawcą, żeby zobaczyć, czy o czymś nie zapomniała. - Bezoar! - Krzyknęła, jakby nad jej głową zaświeciła się żarówka. - Tego też poprosimy jeszcze z siedem sztuk. - Dobrze było mieć antidotum pod ręką na wszelki wypadek.